• @andrzej_rzonca

Trzeba przygotować się na poważne zewnętrzne zagrożenia


Polska gospodarka od 6 kwartałów rośnie w tempie przekraczającym 3% w ujęciu rocznym. Za sprawą wielu czynników tempo to mogłoby jeszcze przyspieszyć w najbliższych kwartałach. Na przykład stopa bezrobocia jest najniższa od 2008 roku, a szanse na znalezienie pracy mierzone relacją liczby tworzonych miejsc pracy do liczby bezrobotnych są nawet wyższe niż u szczytu boomu w 2007 roku. Kredyt jest najtańszy w historii i szeroko dostępny. Odsetek zyskownych firm wzrósł do najwyższego poziomu w historii. Zyski przedsiębiorstw w relacji do przychodów przekraczają wieloletnią średnią. Powyżej takiej średniej utrzymuje się też wykorzystanie zdolności wytwórczych przez przedsiębiorstwa. Mimo że od 2012 roku stopniowo rośnie udział kosztów pracy w łącznych kosztach, ich relacja do wydajności pracy pozostaje korzystna w porównaniu do większości państw Unii Europejskiej. Stopniowo poprawia się koniunktura w strefie euro, do której trafia ponad połowa polskiego eksportu. Jednocześnie kurs złotego jest wyraźnie słabszy od kursu wskazywanego przez przedsiębiorców jako próg opłacalności eksportu, a jego odchylenie od tego progu ostatnio się zwiększyło.

Jednakże praktycznie każdy z tych czynników, które dzisiaj sprzyjają przyspieszeniu wzrostu PKB, szybko zmieniłby się na hamujący go, gdyby w otoczeniu polskiej gospodarki wystąpił silny wstrząs. Szczególnie poważne są cztery zagrożenia.

Po pierwsze, mogą się nasilić problemy w gospodarce chińskiej. Musi ona stawić czoła nie tylko skutkom pęknięcia bańki spekulacyjnej na rynku akcji, w niewiadomej części napompowanej przez kredyt, ale i nawisowi zadłużenia, którego wzrost od wielu lat bardzo wyraźnie wyprzedzał wzrost dochodów determinujących zdolność dłużników do jego spłaty, narastaniu kredytów zagrożonych na skutek masowego udzielania ich nierentownym przedsiębiorstwom państwowym, rozrostowi do gigantycznych rozmiarów instytucji para-bankowych, olbrzymiemu, sięgającemu 8% PKB deficytowi w budżetach lokalnych władz, które wzrost wydatków finansowały z przychodów ze sprzedaży drożejących gruntów itp. Z nierównowagami tymi będzie się przy tym zmagać w warunkach wyraźnego spowolnienia. Wedle niektórych niezależnych od władz szacunków tempo jej wzrostu spadło już do 4%. Do Chin trafia co prawda niewielka część zarówno naszego eksportu (1%), jak i eksportu Niemiec (7%), z którymi nasi eksporterzy są szczególnie silnie powiązani. Jednak ewentualne rozlanie się chińskich problemów na inne gospodarki azjatyckie (Japonię, Koreę, czy Malezję) mogłoby wyraźnie ograniczyć popyt na eksport Niemiec, a w konsekwencji Polski.

Po drugie, w części gospodarek wschodzących mogą wybuchnąć kryzysy finansowe. Zadłużenie tych gospodarek tylko denominowane w dolarach wzrosło z 1,7 bln dolarów w 2009 roku do 3,3 bln dolarów w 2014 roku. Jednocześnie bieżący rok jest piątym z kolei wyhamowywania ich wzrostu. Szczególnie zagrożone są kraje takie, jak Brazylia, Meksyk, Indonezja, czy Rosja. We wszystkich tych krajach kredyt w relacji do PKB wyraźnie przekracza poziom wynikający z trendu, tj. z długofalowych zależności. Wszystkie te kraje mają poważnie zadłużony za granicą sektor przedsiębiorstw. We wszystkich znacząca część tego zadłużenia przypada na eksporterów surowców. Wszystkie cierpią na załamaniu się cen surowców, bo więcej lub dużo więcej (Brazylia i Rosja) ich eksportują niż importują. Pęknięcie bańki spekulacyjnej na rynku surowców dramatycznie zmniejszyło dopływ dewiz do tych krajów. Spodziewana normalizacja stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych może odciąć im możliwość pożyczenia ich za granicą (a na pewno je podroży).

Po trzecie, nasilenie się chińskich problemów lub kryzysy finansowe w części gospodarek wschodzących mogą wywołać turbulencje na rynkach finansowych na całym świecie. Trwają gorączkowe próby ustalenia, kto (i w jaki sposób) jest najbardziej zaangażowany w finansowanie podmiotów z Chin i gospodarek wschodzących zagrożonych kryzysem. Choć trzecia odsłona globalnego kryzysu finansowego (po kryzysie sub-prime i kryzysie strefy euro) ma wszelkie szanse być nazwana kryzysem chińskim lub brazylijskim, to może też wystąpić zanim napięcia w tych gospodarkach osiągną krytyczny poziom. Stopy procentowe bliskie zera i inne niekonwencjonalne działania głównych banków centralnych wywindowały ceny nie tylko na rynku obligacji emitowanych przez przedsiębiorstwa z gospodarek wschodzących. Wycena większości aktywów może budzić wątpliwości w zestawieniu z wieloletnimi średnimi. Nawet ceny nieruchomości w Stanach Zjednoczonych, których załamanie zapoczątkowało globalny kryzys finansowy, nie są dzisiaj odległe od najwyższych poziomów w historii.

Po czwarte, problemy gospodarcze Chin sprzyjają narastaniu napięć między tym krajem a jego sąsiadami. Z kolei pogarszająca się sytuacja krajów eksportujących surowce może przyczynić się do eskalacji konfliktów na Bliskim Wschodzie, w Afryce Północnej oraz między Rosją a Ukrainą. Ponadto, niestabilność w krajach biedniejszych, z jednej strony zwiększa zagrożenie terrorystyczne w krajach Zachodu, a z drugiej strony - wspiera odgradzanie się krajów od siebie. Wreszcie, w zamożnych krajach nasilają się separatyzmy, którym paliwa dostarczają nierozwiązane problemy gospodarcze po kryzysie.

Wszystkie te zagrożenia są ze sobą powiązane. Materializacja chociażby jednego z nich dramatycznie zmniejszyłaby szanse na uniknięcie pozostałych. Zwiększyłaby natomiast ryzyko innych wstrząsów, w tym nawrotu kryzysu w strefie euro, który tym razem może być jednak skoncentrowany na dużych gospodarkach, w szczególności na Francji i Włoszech. We Francji dużo mówi się o reformie państwa socjalnego, ale chociaż minęło już siedem lat od wybuchu globalnego kryzysu, zrobiono niewiele. Wydatki publiczne jeszcze wzrosły i dziś wynoszą prawie 60% PKB. We Włoszech nadal działa wiele przedsiębiorstw, które usiłują konkurować z Chinami w produkcji nie zaawansowanych technologicznie dóbr i nie mają szans w tej konkurencji. Ale one trwają, bo otrzymują kroplówkę z banków, które po kryzysie nie odbudowały swoich kapitałów na tyle, żeby móc przestać udawać, że ta kroplówka jest dobrym interesem, i odpisać niespłacalne kredyty w straty.

Otoczenie polskiej gospodarki nie tylko stało się bardziej podatne na poważne wstrząsy. Zmniejszyła się również jego zdolność do radzenia sobie z takimi wstrząsami. Spadek ten wynika z jednej strony z niedostatku restrukturyzacji po globalnym kryzysie finansowym w wielu ważnych gospodarkach, a z drugiej strony - z eksplozji długu publicznego do poziomów osiąganych wcześniej jedynie w trakcie największych wojen, oraz pozbycia się przestrzeni do konwencjonalnych działań w polityce pieniężnej przez główne banki centralne. Tak więc ani sektor prywatny, ani publiczny za granicą nie jest przygotowany do zamortyzowania kolejnych wstrząsów.

Tym ważniejsze jest, żebyśmy w Polsce dobrze przygotowali się na zewnętrzne zagrożenia. Powinniśmy dbać o stabilność sektora finansowego, szybko redukować wciąż wysoki deficyt w finansach publicznych i przystąpić do normalizacji stóp procentowych oraz pielęgnować dobry – przynajmniej do niedawna – wizerunek za granicą. Tymczasem w kampanii wyborczej padają hasła, które gdyby były realizowane, nie tylko pozbawiłyby polską gospodarkę odporności na zewnętrzne wstrząsy, ale też same byłyby dla niej dużym wstrząsem. Zapowiada się obciążenie banków nowymi podatkami oraz kosztami przewalutowania kredytów frankowych, mimo że koszty te mogą zdestabilizować niektóre banki. Mamy się wzorować na mających fatalną prasę Węgrzech Orbana, które za jego rządów zostały wyprzedzone przez Polskę pod względem dochodu na mieszkańca (rosły w przeciętnym tempie zaledwie 1,4% rocznie). Obiecuje się obniżenie wieku emerytalnego, wprowadzenie nowych zasiłków i jednoczesne zmniejszenie podatków, choć Rada UE dopiero co zdjęła z Polski procedurę nadmiernego deficytu, a deficyt wciąż przekracza 3% PKB. Obietnice te są składane w warunkach poważnych wewnętrznych barier dla długofalowego wzrostu polskiej gospodarki, związanych z perspektywą szybkiego starzenia się polskiego społeczeństwa i ubywaniem rąk do pracy, wyczerpywaniem się możliwości poprawy wydajności bez inwestycji oraz niskimi inwestycjami i jeszcze mniejszymi oszczędnościami. Wedle prognoz OECD, Komisji Europejskiej, czy Fundacji FOR bez reform, które złagodziłyby te bariery, długofalowe tempo wzrostu wyhamuje do około 2% (przy założeniu braku zewnętrznych wstrząsów).

Jeżeli nowy rząd od pierwszego dnia nie zacznie przygotowywać Polski na zewnętrzne i wewnętrzne zagrożenia, to narazi Polskę na ogromne problemy gospodarcze, które musiałyby mieć dla niego fatalne polityczne skutki. Oby ta perspektywa była dla sił politycznych ubiegających się o władzę i wyborców przestrogą.


ANDRZEJ RZOŃCA

© ANDRZEJ RZOŃCA 2020