• @andrzej_rzonca

Ile (za)płacimy za „dobrą” zmianę w inwestycjach?


Drugi kwartał z rzędu spadku inwestycji – tym razem o niemal 5% - to kolejne poważne ostrzeżenie dla rządzących. Nikt – nawet najwięksi pesymiści – nie spodziewał się takiego spadku. Większość analityków oczekiwała niewielkiego wzrostu. Mowa tu nie o prognozach sprzed „dobrej” zmiany – te wskazywały na wzrost inwestycji o prawie 7%, ale o szacunkach na dzień przed publikacją informacji GUS.

Poprzednim razem w tej skali inwestycje zmniejszyły się w IV kwartale 2012 roku. Ale wtedy Polska stawiała czoła skutkom kryzysu fiskalnego w strefie euro. Teraz koniunktura u naszych głównych partnerów handlowych jest najlepsza od pięciu lat.

Wśród krajów Unii Europejskiej, dla których są już dane nt. inwestycji w II kwartale w bazie Eurostatu, poza Polską spadły one jeszcze tylko na Litwie i w Portugalii, ale nigdzie tak silnie jak w naszym kraju. Zwiększyły się one natomiast nawet w Grecji przeżywającej od wielu lat kryzys, czy w Wielkiej Brytanii pogrążonej w niepewności w związku z decyzją o Brexicie.

Ile kosztował nas ten spadek?

Spadek inwestycji w II kwartale odjął od wzrostu PKB blisko 1 pkt proc. Gdyby „dobra” zmiana w inwestycjach oznaczała chociaż stagnację, a nie spadek, to PKB w II kwartale zwiększyłby się nie o 3,1%, ale o 4%. Gdyby inwestycje rosły w takim samym tempie jak od wybuchu globalnego kryzysu finansowego we wrześniu 2008 roku do nastania „dobrej” zmiany, to PKB wzrósłby o 4,5%. Gdyby inwestycje zwiększyły się tak jak w II kwartale 2011 roku, czyli w poprzednim okresie, w którym sytuacja na rynku pracy była dobra (choć nie aż tak dobra jak obecnie), to PKB urósłby o 5,4%. Nie byłoby zaskoczenia, że jesteśmy niemal u szczytu koniunktury, a wzrost ledwie przekracza 3%.

Takim zestawieniom można oczywiście zarzucić, ze nie biorą pod uwagę żadnych zależności ekonomicznych, w tym w szczególności związków między inwestycjami a innymi składowymi PKB. Tyle, że skutki tych związków dla PKB nie są jednokierunkowe. Porównanie tych skutków prowadzi do wniosku, ze przedstawione powyżej szacunki raczej zaniżają ubytek w PKB na skutek „dobrej” zmiany w inwestycjach niż go zawyżają.

Z jednej strony, gdyby inwestycje rosły, a nie spadały, to część tego wzrostu przypadłaby na dobra kapitałowe z zagranicy. Tym samym zmniejszyłby się wkład eksportu netto, czyli różnicy miedzy eksportem a importem, do wzrostu PKB. Wkład ten byłby dodatkowo redukowany przez silniejszy kurs złotego, osłabiany teraz przez niepewność co do polityki gospodarczej w Polsce, która przyczynia się do spadku inwestycji.

Z drugiej jednak strony, zapewne wyższy byłby wkład prywatnej konsumpcji do wzrostu PKB. Niepewność wywołana „dobrą” zmianą skłania do ostrożności nie tylko inwestorów, ale i konsumentów. Ich dochody rozporządzalne rosną o ponad połowę szybciej niż wydatki. W przeszłości przy takim wzroście dochodów zwiększali oni konsumpcję w tempie około 5%, a nie 3%. A to prywatna konsumpcja ma największy, sięgający prawie dwóch trzecich udział w PKB, co sprawia, że wzrost PKB jest najbardziej wrażliwy na zmiany właśnie jej dynamiki. Ponadto, przy szybszym wzroście inwestycji, jak również konsumpcji, większy byłby prawdopodobnie także wkład zapasów do wzrostu PKB. Przedsiębiorcy zwiększyliby je, żeby uniknąć przestojów w produkcji z powodu wyczerpania się komponentów do jej wytworzenia lub nie stracić klientów na skutek braków w magazynach wyrobów gotowych i niemożności zaspokojenia zwiększonego zapotrzebowania. Zapasy dołożyły co prawda pół punktu do wzrostu PKB w II kwartale, ale za sprawą – przynajmniej w części – zbyt optymistycznych przewidywań przedsiębiorców co do popytu na wytwarzane dobra. Jeżeli taka była natura wzrostu zapasów, to w następnych kwartałach zostanie on skorygowany, obniżając dynamikę PKB.

Ile jeszcze zapłacimy?

Ktoś powie, że nie ma co wylewać łez nad rozlanym mlekiem; ważne jest, aby inwestycje więcej nie spadały. Jednak nawet gdyby „dobra” zmiana przestała straszyć inwestorów, to nie wystarczy, żebyśmy przestali płacić za spadek inwestycji, który już wystąpił. Mniejsze przeszłe inwestycje, to mniejsza przyszła produkcja i – w efekcie – niższe przyszłe dochody, finansujące przyszłe wydatki, w tym przyszłe inwestycje. Jeśli dynamika inwestycji powróciłaby, i to natychmiast, do wieloletniej średniej, to trwała strata w poziomie PKB wyniosłaby 1,5-2,3%. To więcej niż rząd pożycza na program 500 plus (1,2% PKB w 2017 roku)! Żeby tej straty nie było, inwestycje musiałyby, przynajmniej przejściowo, rosnąć szybciej niż przed nadejściem „dobrej” zmiany. Ale to wymagałoby odejścia od „dobrej” zmiany. Na dobre.


ANDRZEJ RZOŃCA

© ANDRZEJ RZOŃCA 2020