• @andrzej_rzonca

Gdzie zaprowadziłaby nas polityka ciepłej wody w kranie?


III RP osiągnęła najlepsze wyniki gospodarcze spośród wszystkich nowych krajów członkowskich UE. W ciągu 26 lat dochód na mieszkańca w naszym kraju zwiększył się ponad dwuipółkrotnie, podobnie jak w Niemczech w latach 1955-1980. Gdzie indziej w naszym regionie jego wzrost zawierał się w przedziale od 31% w Chorwacji do 98% w Estonii. Ale przeszłe sukcesy nie gwarantują przyszłych. Kiedyś do tygrysów gospodarczych należała nawet Grecja. Jeśli Polska nie będzie dalej się reformować, to rysuje się przed nią zły scenariusz, albo bardzo zły.

Zły scenariusz można nazwać scenariuszem „cieplej wody w kranie”. Opiera się on na założeniu status quo w polityce gospodarczej: rządzący nie wprowadzają żadnych reform, wzmacniających systematyczne siły wzrostu, ale też nie podejmują anty-reform, które psułyby gospodarkę; zarazem Polskę omijają poważne wstrząsy.

Co byłoby, gdybyśmy spoczęli na laurach, kreślą wieloletnie prognozy opracowywane przez instytucje międzynarodowe, takie jak Komisja Europejska, czy OECD. Wedle tych prognoz wzrost ma wyhamować do zaledwie 1% w ciągu następnych 25 lat. W rezultacie, dochód na mieszkańca w naszym kraju ma się ustabilizować na około 60-65% dochodu na mieszkańca w Niemczech (po uwzględnieniu różnicy w poziomie cen), czyli na poziomie niewiele wyższym niż teraz. W takim scenariuszu Polska pozostanie co prawda krajem o dosyć wysokim dochodzie na mieszkańca, ale nie dołączy do najbogatszych państw. Będzie trwale odstawać nawet od biedniejszych krajów starej UE, takich jak Hiszpania.

Wzrost będzie hamowany, po pierwsze, przez ubywanie rąk do pracy. Jeżeli nie przyspieszymy podnoszenia wieku emerytalnego, to do 2040 roku liczba osób w wieku produkcyjnym skurczy się o 2,3 mln. Program 500+ nas przed tym nie uchroni, nawet gdyby – wbrew ocenom demografów – istotnie podniósł dzietność w nadchodzących latach. Nie cofnie czasu do lat dziewięćdziesiątych i dwutysięcznych, i nie zwiększy liczby urodzeń w tamtym okresie. Dzieci, które się wtedy nie urodziły, będzie brakować na rynku pracy.

Po drugie, będzie hamować wzrost wydajności, który odpowiadał za ponad dwie trzecie wzrostu polskiej gospodarki w poprzednich 25 latach. Na skutek zmniejszenia różnicy w poziomie wydajności między Polską a Zachodem, z jednej strony, zawęziło się pole do prostej i mocno niedoskonałej imitacji, a z drugiej strony, osłabła presja konkurencyjna z zagranicy, na którą Polska otworzyła się na początku transformacji i którą wzmocniło przystąpienie do Unii Europejskiej. O dużym znaczeniu tej presji dla wzrostu wydajności świadczy jego dużo wyższe tempo w przemyśle niż w pozostałej części gospodarki, słabiej powiązanej z zagranicą niż przemysł. Mocno zmniejszyła się też przestrzeń do poprawy wydajności przez zmianę struktury sektorowej polskiej gospodarki. Polska przestała być krajem rolniczym. Z bardzo niewydajnego rolnictwa do usług rynkowych, a w latach dwutysięcznych także do przemysłu, odpłynęło prawie dwie trzecie pracujących (co skokowo podniosło ich wydajność, jak również przyczyniało się do poprawy wydajności w samym rolnictwie). Usługi rynkowe i przemysł łącznie zatrudniają już prawie taki sam odsetek pracujących co w krajach starej UE (usługi rynkowe co prawda o 11 pkt proc. niższy, ale przemysł o 8 pkt proc. wyższy). Jednocześnie dzięki radykalnej poprawie organizacji pracy w przemyśle i usunięciu masowego wcześniej marnotrawstwa, wydajność w przemyśle doszlusowała do wydajności w usługach rynkowych. Żeby zmniejszenie intensywności przepływów między sektorami nie obniżyło tempa wzrostu wydajności, musiałaby ona zacząć wyraźnie szybciej się poprawiać w usługach rynkowych, czyli w największym sektorze, w którym w poprzednich dwudziestu latach zwiększała się w tempie poniżej 2% rocznie. Musiałoby też utrzymać się wysokie tempo wzrostu wydajności w przemyśle i rolnictwie, przekraczające dotychczas 5 i 4% rocznie. Nie da się tego osiągnąć bez zwiększenia inwestycji.

Niestety, po trzecie, w Polsce mało się inwestuje, zaledwie 20% PKB. W krajach, które startując z podobnego poziomu dochodu na mieszkańca co Polska, dołączyły do państw najbogatszych, udział inwestycji w PKB był większy niż u nas najczęściej od 2 do 8% PKB, a w skrajnych przypadkach (Finlandia i Singapur) o 15-30% PKB.

Nie ma co liczyć na to, że problemy ze wzrostem pojawią się w Polsce dopiero za 25 lat, czyli w perspektywie na tyle odległej, że nie trzeba się nią specjalnie przejmować. To hamowanie wzrostu już się rozpoczęło i będzie postępować.

Liczba osób w wieku produkcyjnym przestała rosnąć 6 lat temu. Od 2010 roku, mimo podnoszenia wieku emerytalnego, skurczyła się już o ponad 400 tys. (bez podnoszenia wieku emerytalnego byłoby to ponad 800 tys., a na koniec br. prawie milion). Ten ubytek został z naddatkiem skompensowany przez zmniejszenie bezrobocia (o 350 tys.) i bierności zawodowej wśród osób w wieku produkcyjnym (prawie 700 tys.). Ale oba te źródła się wyczerpują. W tym roku bezrobocie ma szanse spaść do 6%, czyli w okolice mln osób. Już jest poniżej naturalnej stopy bezrobocia, szacowanej na około 7%, czyli tego, co implikują fundamenty naszej gospodarki. Ale nawet gdyby szacunki te były błędne i bez reform udało nam się na trwałe obniżyć bezrobocie do poziomu 5%, który w UE występuje w takich krajach jak Austria, Niemcy, czy Wielka Brytania, dałoby to ledwie 170 tys. pracowników. Co się tyczy bierności zawodowej, to ograniczyło ją przede wszystkim zawężenie możliwości przechodzenia na wcześniejsze emerytury. Liczba biernych zawodowo w wieku 50-59 lat zmniejszyła się o prawie 600 tys., w tym kobiet o ponad 400 tys. Dalej nie będzie już jednak istotnie spadać, gdyż pierwsze roczniki pracowników, którym odebrano prawo do wcześniejszej emerytury, osiągnęły już wiek emerytalny. Powtórzenie skali ograniczenia bierności zawodowej z poprzednich pięciu lat implikowałoby wzrost aktywności zawodowej w tej grupie wiekowej z 70 do prawie 80%. Bez reform tego się nie osiągnie.

Tymczasem, nawet gdyby nie przestano podnosić wieku emerytalnego, liczba osób w wieku produkcyjnym będzie się zmniejszać o ponad 100 tys. rocznie. W sumie do 2020 roku skurczy się o blisko 600 tys. Wzrost aktywności zawodowej i spadek bezrobocia są w stanie skompensować około połowy tego ubytku. Liczba pracujących zacznie się zmniejszać najpóźniej w 2018 roku. O ile przez poprzednie pięć lat jej wzrost podnosił tempo wzrostu gospodarki przeciętnie o 0,8 pkt proc., o tyle przez najbliższe pięć lat spadek zatrudnienia będzie je obniżać przynajmniej o 0,3 pkt proc. Żeby tempo wzrostu gospodarki nie spowolniło, wzrost wydajności albo inwestycji musiałby przyspieszyć na tyle, aby skompensować ten ponad 1 pkt proc. różnicy w dynamice zatrudnienia. Jednak bez reform wzrost ani wydajności, ani inwestycji raczej znacząco nie przyspieszy.

W bieżącym roku wzrost wydajności ma po raz pierwszy od 2011 roku stać się szybszy niż w starych krajach UE. Jego tempo ma być jednak niewiele wyższe niż 1%. Przed globalnym kryzysem finansowym tak niskie było tylko raz, w 2001 roku – w czasie głębokiego spowolnienia, natomiast przez dekadę poprzedzającą wybuch kryzysu było przeciętnie prawie trzy razy wyższe. Jednocześnie na tak niskim poziomie miało się znaleźć nie prędzej niż za 20 lat. Podcina je w szczególności załamanie napływu bezpośrednich inwestycji zagranicznych, dużo głębsze od średniej dla światowej gospodarki. W 2008 roku udział Polski w projektach typu greenfield realizowanych na świecie przekraczał 2%. Teraz jest dwukrotnie niższy. Firmy zagraniczne działające w Polsce są przeciętnie ponad dwukrotnie bardziej wydajne niż przedsiębiorstwa o własności wyłącznie krajowej.

Dynamika nakładów kapitału jest dużo wyższa niż wydajności – wynosi prawie 5%. Ale tak szybki ich wzrost jest nie do utrzymania. W ostatnich latach sprzyjały mu duże inwestycje w infrastrukturę. Jego wysokie tempo jest jednak przede wszystkim dziedzictwem niedawnego zacofania. Przy niskim zasobie kapitału produkcyjnego wyniesionego z socjalizmu nawet niewielkie inwestycje skutkują jego znaczącymi procentowymi przyrostami. Ale wraz ze wzrostem zasobu kapitału przyrosty te będą procentowo coraz mniejsze. W dłuższej perspektywie nie mogą one przekraczać sumy dynamiki zatrudnienia i wydajności, bo tylko wtedy nie będą skutkować systematycznym spadkiem opłacalności inwestowania. Niemniej nawet gdyby w nadchodzących pięciu latach ta zależność w ogóle się nie ujawniła, to inwestycje dodadzą do wzrostu gospodarki tyle co dotychczas, czyli około 2 pkt proc.

W sumie do 2020 roku potencjalne tempo wzrostu gospodarki w scenariuszu „ciepłej wody w kranie” obniżyłoby się do około 2,5% z ponad 4% przed globalnym kryzysem finansowym. Implikowałoby ono wzrost PKB wahający się w zależności od fazy cyklu koniunktury w przedziale od 0 do 5%.

Ten scenariusz, choć zły na tle przeszłości, jest prawdopodobnie dużo lepszy od tego, który nas czeka. W ramach „dobrej” zmiany osłabiane są systematyczne siły wzrostu, np. przez obniżenie wieku emerytalnego, jak również podwyższane ryzyko załamania. Ale o tym, co dokładnie będzie oznaczać kontynuowanie „dobrej” zmiany dla polskiej gospodarki, w następnym artykule.


ANDRZEJ RZOŃCA

© ANDRZEJ RZOŃCA 2020