• @andrzej_rzonca

Co naprawdę dzieje się z finansami publicznymi?


Premier Morawiecki twierdzi, że radykalnie ograniczył deficyt w finansach publicznych. Ale z danych ministerstwa wynika cos zupełnie odwrotnego: deficyt instytucji rządowych, za których finanse odpowiada premier Morawiecki, wzrósł z 39,8 mld zł, czyli 2,2% PKB w 2015 r. do 48,2 mld zł, tj. 2,6% PKB w 2016 roku. Ten znaczny wzrost deficytu nastąpił, mimo że inwestycje rządowe ścięto o 0,3% PKB (czyli niemal 10%), a inne zakupy, np. uzbrojenia, o dalsze 0,1% PKB.

Amortyzowały go natomiast samorządy, które w 2015 r. wyszły na zero, a w 2016 r. wypracowały nadwyżkę – rzędu 5 mld zł, czyli 0,2% PKB. Ale PiS nie rządzi w samorządach. Można co prawda tę nadwyżkę wiązać z ciągłymi kontrolami samorządów przez trzyliterowe agencje kierowane przez tę partię. Nieprzeciętna aktywność tych służb przyczyniła się do ograniczenia inwestycji przez samorządy o 0,8% PKB. Jakkolwiek były to głównie inwestycje z funduszy unijnych, to i one wymagają własnych środków na współfinansowanie, których zmniejszenie można szacować właśnie na około 0,2% PKB. Ale premier Morawiecki utrzymuje, że rząd nie ma nic wspólnego z tym spadkiem inwestycji.

W 2016 roku poprawiły się także finanse funduszy zabezpieczenia społecznego, w których deficyt zmniejszył się z 0,4% PKB w 2015 r. do 0,1% PKB. Spadkowi temu sprzyjały podniesienie wieku emerytalnego, które hamowało wzrost wydatków, oraz bardzo dobra sytuacja na rynku pracy odziedziczona przez PiS popoprzednikach. Ale premier Morawiecki zgodził się na obniżenie wieku emerytalnego od jesieni tego roku – w przypadku kobiet do najniższego poziomu w UE, co będzie „demolowało” finanse publiczne (a w przyszłości portfele emerytów lub osób płacących składki). Jednocześnie psuł rynek pracy, w szczególności, przystając na to, żeby zasiłek 500 plus był pobierany także przez tych rodziców, którzy porzucili pracę. Problem niedostatku rąk do pracy już się ujawnia: tempo wzrostu liczby pracujących w 2016 r. spadło o połowę – z 1,4% w 2015 r. do 0,7% i według Ministerstwa Finansów ma dalej hamować.

W br. ministerstwo przewiduje zwiększenie deficytu w finansach publicznych o 0,5% PKB do 2,9% PKB, czyli niemal do granicy uruchamiającej unijną procedurę nadmiernego deficytu. Za ten wzrost w około jednej trzeciej będą odpowiadać samorządy, których nadwyżka ma spaść do zera, a w prawie dwóch trzecich instytucje rządowe, czyli premier Morawiecki. Drugi rok z rzędu będą łamane zobowiązania Polski wynikające z Paktu Stabilności i Wzrostu. Implikują one, że deficyt w finansach publicznych po oczyszczeniu ze skutków zmian koniunktury powinien być redukowany o 0,5% PKB rocznie, dopóki nie spadnie poniżej 1% PKB. Ministerstwo uzasadnia owo porzucenie zobowiązań tym, że nastąpiło ono „po odnotowanym w 2015 r. silniejszym niż wynikało z wymogów Paktu dostosowaniu, które wyniosło 0,6% PKB”. Dla ministerstwa redukcja deficytu przez poprzedników jest więc swego rodzaju alibi przed Komisją Europejską, ale w polityce krajowej premier Morawiecki używa zupełnie innego komunikatu: to za poprzedników finanse publiczne były chore, a on jakoby je uzdrawia.

Co gorsza, nic nie wskazuje na to, żeby działania premiera Morawieckiego miały wreszcie dostosować się do jego retoryki. Według zapowiedzi ministerstwa, Polska ma co prawda ograniczyć deficyt w finansach publicznych oczyszczony ze skutków zmian koniunktury do 1% PKB, ale dopiero w połowie kadencji przyszłego parlamentu, kiedy pewnie będzie rządzić już ktoś inny. Ma temu pomóc wzmocnienie fundamentów polskiej gospodarki i przyspieszenie wzrostu PKB potencjalnego o 1 pkt proc. To jednak tylko puste deklaracje. Póki co fundamenty gospodarki są osłabiane, a dynamika PKB potencjalnego spada – według ministerstwa o 0,3 pkt proc. w 2016 roku. Najsilniejszy wstrząs dla fundamentów, czyli obniżenie wieku emerytalnego, dopiero przed nami.

Sytuacja jest poważna. Dług publiczny wzrósł z 51,1% PKB w 2015 do 54,4% PKB w 2016 r. i w br., mimo spodziewanego przyspieszenia wzrostu PKB, ma ponownie się zwiększyć – do 55,3% PKB. Jego poziom ma być o prawie 2,8% PKB wyższy niż przewidywało Ministerstwo Finansów zaledwie rok temu. Oczywiście, umacniający się kurs złotego może ograniczyć rozmiary tego przyrostu. Podobny skutek będzie miało tegoroczne ożywienie, o którym za chwilę. Ponadto, dług publiczny według definicji krajowej, która nie uwzględnia w szczególności zadłużenia Krajowego Funduszu Drogowego, jest niższy (w ub. r. wyniósł 52,1% PKB). Niemniej wciąż jest realne zagrożenie przekroczenia konstytucyjnej granicy 60% PKB przy ewentualnych poważnych turbulencjach za granicą i – w konsekwencji – załamaniu koniunktury u nas. Dotychczas za każdym razem w rok po wystąpieniu zewnętrznych wstrząsów przyrastał on o ponad 5% PKB (i rósł także w następnym roku o 4-5% PKB). Ale w przeszłości mieliśmy większy bufor bezpieczeństwa: w 2000 r. dług publiczny wynosił 37,5% PKB, a w 2007 roku 44,4% PKB. W innych krajach, które osiągnęły podobny poziom długu jak nasz kraj w ub. r., jego wzrost powyżej 60% PKB zabierał od roku do czterech lat.

Premier Morawiecki nie powinien zakładać, że Polska ma czas na wzmocnienie finansów publicznych, jakkolwiek sytuacja gospodarcza w br. może stępiać czujność. W tym roku nastąpi u nas istotne odbicie wzrostu PKB za sprawą dalszej poprawy koniunktury u naszych głównych partnerów handlowych oraz silnego zwiększenia inwestycji przez samorządy. Tylko ten ostatni czynnik przyspieszy wzrost PKB o 1,6 pkt proc., czyli do poziomu 4,3%, o ile, oczywiście, samorządy zrealizują swoje plany, co za wyjątkiem ub. r. robiły w ostatnich latach z naddatkiem. Ten okres dobrej koniunktury powinien zostać wykorzystany na przygotowanie polskiej gospodarki na trudne czasy, a nie na trwonienie uzyskanych dzięki niej dodatkowych dochodów z VAT, CIT, PIT i składek na ubezpieczenie społeczne. Kiedy koniunktura się pogorszy, to wydatki do sfinansowania przez państwo dodatkowo wzrosną (chociażby na zasiłki dla bezrobotnych, czy emerytury, na które będą wypychani ludzie w wieku emerytalnym), a w tym samym czasie dochody państwa z podatków i składek spadną. Jeśli teraz wzrost dochodów, wynikający z poprawy koniunktury, nie zostanie w całości przeznaczony na zmniejszenie deficytu, to eksploduje on przy najbliższym spowolnieniu.

Poprawa koniunktury w krajach wysoko rozwiniętych, czyli u naszych głównych partnerów handlowych, ma kruche podstawy. Kraje te nie usunęły swoich słabości ujawnionych przez kryzys, a nabawiły się nowych. Z nielicznymi wyjątkami wysokie zadłużenie sektora prywatnego się nie zmniejszyło, a znacznie urósł dług publiczny – do poziomów nie mających precedensu w czasach pokoju. Dług publiczny w tak ważnych gospodarkach dla sytuacji ekonomicznej na świecie jak Francja, Włochy, Japonia czy USA jest bliski 100% PKB lub wyższy i wciąż rośnie, bo rządy tych krajów kolejny raz od wybuchu globalnego kryzysu próbują kupić na kredyt poprawę koniunktury. Banki w Europie, zwłaszcza we Włoszech, nie uporały się z balastem złych kredytów. Kredyty te, już po odjęciu rezerw zawiązanych na pokrycie mogących wyniknąć z nich strat, są sześć razy wyższe niż zyski banków i zbliżone do kapitałów, pozyskanych przez nie od 2011 roku. Poza wąską grupą najbardziej wydajnych firm – gwiazd, w sektorze przedsiębiorstw dominuje stagnacja.

Na wielu rynkach aktywów dostrzegane są symptomy bańki spekulacyjnej. Podwyżki stóp procentowych w USA, choć bardzo niewielkie i rozwleczone w czasie, mogą je przebić i – w konsekwencji – wywołać turbulencje na rynkach finansowych, zwłaszcza że po zmianie prezesa Fed w lutym 2018 r. tempo podwyższania stóp może przyspieszyć, a gotowość Fed do wspierania instytucji finansowych w potrzebie – osłabnąć.

Ryzyko takich turbulencji jest również zwiększane przez to, że podwyżki stóp w USA zwykle zwiastowały kryzysy finansowe w krajach słabiej rozwiniętych. Nie inaczej może być i tym razem, jako że po 2008 r. przedsiębiorstwa i banki z wielu tych krajów poważnie zadłużyły się w dolarze, korzystając ze stóp procentowych bliskich zera w USA. Często nie mają jednak dochodów w dolarze, a jeśli je osiągają, to ze sprzedaży surowców. Ale dobra passa na rynku surowców się skończyła, zaś stałym zagrożeniem dla ich cen jest możliwy kryzys lub stagnacja w Chinach, które są drugą gospodarką na świecie i największym importerem wielu surowców. Chiny muszą się zmierzyć z nadmiernym zadłużeniem i pogarszającą się sytuacją finansową przedsiębiorstw, zwłaszcza państwowych, szybko rosnącym zadłużeniem gospodarstw domowych, rozrostem instytucji para-bankowych, bańkami spekulacyjnymi oraz chorymi finansami władz lokalnych. Dodatkowo rozwiązaniu tych problemów nie sprzyjają przewidziane na jesień tego roku zmiany na szczytach chińskich władz.

Wzrost gospodarczy na świecie mogą osłabić też protekcjonizm i wojny handlowe. Kolejnym zagrożeniem są ataki terrorystyczne oraz ich wpływ na zmiany polityczne na świecie. Utrzymuje się też ryzyko agresji Rosji wobec sąsiadów, a także innych konfliktów zbrojnych.

Tegoroczne odbicie gospodarcze będzie tworzyło iluzję komfortu w finansach publicznych. Ale zegar tyka…


ANDRZEJ RZOŃCA

© ANDRZEJ RZOŃCA 2020