• @andrzej_rzonca

Członkostwo w strefie euro: dlaczego, kiedy i pod jakimi warunkami?


No i wróciła sprawa wejścia Polski do strefy euro. Debatę na temat korzyści i kosztów ze wspólnej waluty ożywiła „Rzeczpospolita”. Żeby myśleć o wprowadzeniu euro, trzeba wiedzieć po co chce się to zrobić, mieć świadomość ograniczeń dotyczących możliwej daty zmiany waluty i przeanalizować warunki, których spełnienie pozwoli krajowi zmaksymalizować z niej korzyści i zminimalizować zagrożenia.

Zacznijmy od powodów, dla których warto myśleć o dołączeniu do strefy euro. Widzę przynajmniej cztery.

Pierwszy z nich ma fundamentalne znaczenie i wiąże się z odpowiedzią na pytanie, czy Polska ma być częścią Wschodu, czy Zachodu. Dla mnie odpowiedź na nie jest oczywista: Polska musi być częścią Zachodu, bo chcę, żeby się w niej dobrze żyło – wszystkim, a nie tylko ludziom władzy. Bogactwo Zachodu, który wciąż musimy gonić, bierze się stąd, że przedsiębiorcy nie muszą bać się tam władzy i – w efekcie – ukrywać przed nią swojego majątku, a mogą skoncentrować się na jego pomnażaniu. Przed arbitralnością i despotyzmem rządzących, zabezpiecza ich – i ogół obywateli – podział władzy, który u nas trzeba przywrócić, i samorządność, którą należy poszerzać. Członkostwo w Unii Europejskiej jest trzecim bezpiecznikiem, bo podobnie, jak pozostałe dwa, ogranicza władzę rządzących nad obywatelami.

Polska musi odbudować swoją pozycję w Unii Europejskiej. Przede wszystkim trzeba jak najszybciej wyeliminować groźbę, że rząd wyprowadzi Polskę z Unii lub Unię z Polski. Pozostawanie obecnego rządu u władzy czyni w bliskiej perspektywie realnym zwłaszcza to drugie zagrożenie. Systematyczne łamanie standardów europejskich przez rządzących i deptanie przez nich europejskich wartości zachęca inne kraje do integrowania się z pominięciem Polski – wewnątrz strefy euro. Jest to tym łatwiejsze do przeprowadzenia, że po wyjściu Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej poza strefą euro nie będzie żadnego dużego kraju oprócz Polski. Są natomiast wszystkie kraje z wyjątkiem Grecji, mające problemy z przestrzeganiem europejskich standardów. Są też najwięksi beneficjenci funduszy unijnych. Na naszych oczach członkostwo w strefie euro staje się warunkiem przynależności do twardego rdzenia Europy. To w strefie euro najpewniej będzie się decydować przyszłość naszego kontynentu. Polska musi być przy stole i uczestniczyć w tych decyzjach.

Drugi powód jest równie ważny i dotyczy bezpieczeństwa zewnętrznego naszego kraju. Żeby je zwiększyć, musimy wzmacniać i wspólnotę wartości, i wspólnotę interesów, które łączą nas z Zachodem. Członkostwo w strefie euro może być dobrym do tego narzędziem. Wspólnota wartości i interesów nie jest bez znaczenia dla siły sojuszniczych zobowiązań, które wzięli na siebie nasi partnerzy z Zachodu w ramach NATO. Musimy dbać o sojusze, bo na Wschodzie mamy potężnego militarnie sąsiada, który nie jest ani przewidywalny, ani przyjaźnie nastawiony do naszego kraju.

Trzeci powód bywa u nas lekceważony, choć nie powinien. Przystępując do Unii Europejskiej, Polska stała się państwem członkowskim z derogacją. Taki status formalnie oznacza zobowiązanie do przyjęcia euro. Poważny kraj, a Polska musi z powrotem stać się takim krajem, dotrzymuje międzynarodowych zobowiązań.

Jest wreszcie powód czwarty, dla którego należy przekonywać Polaków do wspólnej waluty. Euro jest co prawda ryzykowne dla słabych krajów – takich, jak Grecja, czy też Włochy (które w perspektywie kilku lat staną się zapewne źródłem następnych potężnych zawirowań w gospodarce światowej), ale gospodarczo korzystne dla silnych – zwłaszcza, jeśli ich rozwój bazuje na eksporcie. Rozwój polskiej gospodarki ma taki właśnie charakter, jakkolwiek pod obecnymi rządami nasza gospodarka słabnie. Beztroska konsumpcja na kredyt, klientelizm, nacjonalizacje, zalew przepisów, niestabilne i coraz bardziej skomplikowane podatki – Grecy przetestowali każdy z tych elementów polityki gospodarczej obecnie prowadzonej u nas, ze znanymi opłakanymi skutkami. Rządzący do tej greckiej mieszanki dokładają jeszcze niszczenie podziału władzy i samorządności. Ale Polska może być silna. Zapewnienie jej siły wymaga w szczególności: uzdrowienia finansów publicznych, przywrócenia podziału władzy i szerokiej samorządności, zbudowania zaufania do państwa przez ustabilizowanie prawa i jego sprawną egzekucję, radykalnego uproszczenia podatków, uwolnienia wzrostu firm, odpartyjnienia przedsiębiorstw, rozwijania rzetelnej edukacji, dbania o opłacalność legalnego zatrudnienia, usuwania pułapek socjalnych oraz zachęcania Polaków do dłuższej aktywności.

Nie da się dzisiaj przewidzieć daty przystąpienia Polski do strefy euro, bo nasz kraj jest rządzony przez partię, która widzi go poza Europą – na Wschodzie, a nie na Zachodzie. Można natomiast i należy dyskutować nt. warunków tego przystąpienia.

Polska uzyska maksymalne korzyści ze wspólnej waluty po spełnieniu dwojakiego ich rodzaju. Po pierwsze, strefa euro powinna uporać się ze skutkami kryzysu zadłużeniowego i zbudować skuteczne zabezpieczenia przed jego powtórzeniem. Wiele w sprawie tych zabezpieczeń już zrobiono. W szczególności wzmocniono krajowe ramy fiskalne. Zarazem przykład Grecji powinien przez wiele lat działać odstraszająco na te kraje członkowskie strefy euro, które byłyby skłonne prowadzić nieodpowiedzialną politykę fiskalną. Niemniej wiele da się jeszcze zrobić. Szybko można wprowadzić takie propozycje, jak nałożenie ograniczeń (opłat) na pożyczki banków dla (w szczególności własnych) rządów, czy upowszechnienie reguł wydatkowych zakazujących zwiększania wydatków w tempie szybszym niż długofalowy wzrost gospodarki. Po drugie, Polska musi być dobrze przygotowana na wprowadzenie euro, a Polacy w pełni do tego przekonani.

Dobre przygotowanie na wprowadzenie euro nie sprowadza się do wypełnienia nominalnych kryteriów konwergencji. Skądinąd o ile byłoby ono trwałe, przyniosłoby korzyści naszemu krajowi. Skorzystalibyśmy na silniejszym umocowaniu w prawie niezależności banku centralnego, na zdrowych finansach publicznych, pieniądzu trwale utrzymującym wartość i – w konsekwencji – trwale niskiej premii za ryzyko kraju i ryzyko waluty, doliczanej do oprocentowania, żądanego przez wierzycieli.

Przede wszystkim Polska musi być dobrze rządzona, a obecnie nie jest. Dobre rządzenie wymaga polityki gospodarczej, która: po pierwsze, wzmacnia, a nie osłabia odporność gospodarki na wstrząsy, oraz, po drugie, ogranicza ryzyko wstrząsów, a nie jest ich źródłem.

Wzmocnienie odporności polskiej gospodarki na wstrząsy wymaga, oprócz dyscypliny w finansach publicznych, której obecnie brak, podnoszenia elastyczności gospodarki, czyli jej zdolności do sprawnej realokacji pracy i kapitału do zastosowań przynoszących społeczeństwu największe korzyści. Żeby podnieść tę elastyczność, trzeba porzucić urzędniczo-polityczne ingerowanie w prywatne inwestycje, stanowiące sedno planu Morawieckiego, i wzmocnić konkurencję. Na niedostatek konkurencji w naszym kraju wskazują: silniejsze niż w większości krajów UE zróżnicowanie wydajności pracy i rentowności między przedsiębiorstwami oraz wyższe narzuty na koszty i niższe wykorzystanie zdolności wytwórczych. Różnice te sygnalizują niesprawność mechanizmu oczyszczania gospodarki z różnego rodzaju nieefektywności, które byłyby eliminowane przy dostatecznie wysokim natężeniu konkurencji. Innym symptomem niewystarczającej elastyczności polskiej gospodarki jest wciąż zbyt długi czas poszukiwania pracy przez osoby bezrobotne i to pomimo niskiej stopy bezrobocia.

Ograniczeniu ryzyka wstrząsów służyłoby z kolei powierzenie niezależnemu bankowi centralnemu szerokich kompetencji z zakresu polityki makroostrożnościowej. Takie kompetencje powinny być jak najszybciej nadane NBP, żeby jeszcze przed wejściem do strefy euro nauczył się sprawnie korzystać z instrumentów tej polityki. Dzięki temu, z chwilą wejścia do strefy euro będzie potrafił korygować wpływ stóp procentowych EBC na polską gospodarkę, jeśli oceni, ze w danym momencie są one dla niej nieodpowiednie. Wprowadzenie euro rozwiąże przy tym problem „trudnej kohabitacji” polityki pieniężnej i makroostrożnościowej, nieuchronny w przypadku, w którym za oba rodzaje działań odpowiada pojedyncza instytucja – narodowy bank centralny.

Powierzenie NBP szerokich kompetencji z zakresu polityki makroostrożnościowej będzie chronić Polskę przed boomami, których ceną są późniejsze kosztowne załamania, oraz przed utratą konkurencyjności, do których one prowadzą. Zarazem trzeba mieć świadomość, że członek strefy euro ma możliwości odzyskania konkurencyjności. Pozwala na to tzw. fiskalna dewaluacja. Polega ona na obniżce opodatkowania i oskładkowania wynagrodzeń finansowanej wpływami z opodatkowania konsumpcji. Nie jest to tylko teoretyczna ciekawostka, znana przynajmniej od czasów Keynesa. W krajach UE w latach 1995-2014 przeprowadzono ją – w istotnych rozmiarach – 33 razy. Często korzystały z niej zwłaszcza państwa nadbałtyckie i Irlandia. Z badań nad nią, których jestem współautorem, płyną następujące wnioski. Po pierwsze, dewaluacja fiskalna zwiększa wartość dodaną w eksporcie i poprawia eksport netto, a w efekcie – przyspiesza wzrost PKB i zatrudnienia. Po drugie, efekty dewaluacji fiskalnej są silniejsze w krajach członkowskich strefy euro, niż w krajach o płynnym kursie walutowym, w których osłabia je umocnienie krajowej waluty. Ograniczają je natomiast scentralizowane negocjacje płacowe i wysokie zasiłki dla bezrobotnych, ale w Polsce one takie nie są. Po trzecie, dewaluacja fiskalna nie jest polityką zubożania sąsiada, przynajmniej w ramach UE, w której istnieją silne transgraniczne łańcuchy wartości i związana z nimi kooperacja. Pozytywny dla sąsiadów efekt kooperacji jednostronnej dewaluacji fiskalnej dominuje nad negatywnym dla nich efektem konkurencyjności.

Badania te przeprowadzono przy wykorzystaniu zaawansowanych narzędzi ekonometrii przestrzennej. Jednak już sam rzut oka na proste statystyki opisowe powinien rozwiać wątpliwości co do zdolności odzyskiwania konkurencyjności przez kraje członkowskie strefy euro. Na 33 przypadki istotnej dewaluacji fiskalnej wzrost gospodarki przyspieszył 25 razy – przeciętnie o 0,6 pkt proc. Spowolnił natomiast w 11 na 12 przypadków znaczącej rewaluacji fiskalnej – średnio o 0,5 pkt proc. Tylko 3 przypadkom ekspansywnej dewaluacji fiskalnej nie towarzyszył wzrost zatrudnienia. Natomiast nie spadło ono tylko w 1 przypadku rewaluacji fiskalnej. W dwóch trzecich przypadków fiskalnej dewaluacji rósł udział eksportu w wartości dodanej. Zmniejszał się natomiast w trzech czwartych przypadków fiskalnej rewaluacji.

Euro nie trzeba się bać. Należy o nim rozmawiać i przygotowywać kraj na jego możliwie jak najbardziej korzystne wprowadzenie. To, jak wielkie korzyści nam przyniesie, zależy przede wszystkim od nas.


ANDRZEJ RZOŃCA

© ANDRZEJ RZOŃCA 2020