• @andrzej_rzonca

Po co nam podatki?


„Są dwie rzeczy na świecie, których nie sposób uniknąć: śmierci i płacenia podatków”. To stwierdzenie, przypisywane Benjaminowi Franklinowi, jednemu z „Ojców Założycieli” Stanów Zjednoczonych, bardzo dobrze opisuje rzeczywistość. Faktycznie, podatki płaci się praktycznie na każdym kroku – zarówno zarabiając pieniądze, jak i je wydając, czy oszczędzając.

Jako że wymiar poszczególnych rodzajów podatków zależy od ludzkich wyborów co do tego ile pracować, ile czasu przeznaczyć na nabywanie kwalifikacji, ile oszczędzać, lub ile wydawać i na co, podatki mogą wpływać na te wybory. Nawet podatek ryczałtowy, służący jako odniesienie przy szacowaniu czystej straty społecznej z innych rodzajów podatków, nie osłabia bodźców do pracy, oszczędzania i innowacji tylko dopóty, dopóki gospodarstwa domowe nie oczekują żadnych zmian w jego wysokości. Jakiekolwiek odniesienie podatku formalnie ryczałtowego do dochodu lub wydatków sprawia, że nabiera on charakteru podatków wpływających na decyzje odnośnie do produktywnych działań.

Każda z tych decyzji wpływa z kolei na wzrost gospodarki. Od jego dynamiki zależy zaś tempo, w którym poprawiają się warunki życia. Poziom dochodu – wynik wzrostu gospodarczego (lub jego braku) – determinuje stopień, w którym ludzie mogą zaspokajać swoje potrzeby, począwszy od odżywiania, a na dostępie do kultury kończąc.

Skoro więc podatki osłabiają wzrost gospodarki, od którego zależy poprawa warunków życia ludzi, to rodzi się pytanie, po co w ogóle istnieją. Odpowiedź jest banalnie prosta: bo bez nich państwo nie mogłoby realizować żadnych zadań, a w efekcie, istnieć. Nie ma ono własnych pieniędzy, tylko pieniądze podatników. O znaczeniu dla wzrost gospodarki różnych zadań, które bierze na siebie państwo, pisałem w komentarzu z 23 marca 2018 roku. Poniżej wracam do tamtej analizy i nieco ją rozszerzam.

W wypełnianiu części zadań państwo nie może być zastąpione przez sektor prywatny, a mają one fundamentalne znaczenie dla wzrostu gospodarczego lub przynajmniej mu pomagają. Do zadań tych należą: ochrona jednostek i ich własności, włączając w to egzekwowanie umów (w tym należności od nieuczciwych partnerów handlowych), obrona narodowa, o ile nie pochłania ona więcej środków niż potrzeba do przekonania ludzi, że krajowi nie grozi istotne zagrożenie z zewnątrz, oraz podstawowe badania naukowe.

Niektóre inne zadania, które bierze na siebie państwo, sprzyjają wzrostowi gospodarki, ale mogą być realizowane przez sektor prywatny. Niemniej nie wypełni ich on w stopniu zapewniającym maksimum pożytku, bo uwzględnia jedynie tę część korzyści, za którą może dostać zapłatę, a pomija korzyści pośrednie, za które nie może wystawić rachunku (w żargonie ekonomicznym nazywa się je pozytywnymi efektami zewnętrznymi). Zadania te (określane czasem angielskim terminem „merit goods”) obejmują zapewnienie szerokiego dostępu do dobrej infrastruktury, edukacji i opieki zdrowotnej. Ich realizacja przez państwo przyspiesza wzrost gospodarczy, o ile wydając pieniądze z podatków, kieruje się ono rachunkiem ekonomicznym, a nie kalkulacją polityczną. Na przykład, buduje drogi tam, gdzie będzie ruch samochodowy, zaś dzieciom zapewnia edukację, a nie tylko pobyt w szkole (albo co gorsza indoktrynację).

Istnieją także takie zadania państwa, które same w sobie nie mają wpływu na wzrost gospodarczy, a mimo to zwiększają dobrobyt. W szczególności, emerytury dla ludzi starszych, czy renty dla osób niepełnosprawnych nie przyspieszają wzrostu gospodarczego, ale o wiele lepiej żyje się w tych krajach, w których one istnieją.

Państwo jednak podejmuje się i takich zadań, które szkodzą wzrostowi gospodarczemu i dobrobytowi, i to nawet, jeśli nie weźmie się pod uwagę kosztów podatków finansujących realizację tych zadań. Na przykład zasiłki dla osób, które są zdolne do pracy i mogłyby pracować lub przynajmniej szukać zatrudnienia, wypychają je poza rynek pracy i – w efekcie – skazują na biedę. Jest ona przy tym często dziedziczona, bo dzieci wynoszą z domu, że da się egzystować bez pracy. Z kolei subsydia do nierentownych sektorów lub firm hamują przepływ majątku i pracy z miejsc, gdzie się je trwoni, do podmiotów, w których zarobiłyby na siebie i miałyby szanse na rozwój.

Przyrost ewentualnych korzyści dla wzrostu gospodarczego (czy dobrobytu) z wydatków publicznych maleje wraz ze zwiększaniem się ich poziomu. Z jednej strony, właściwy nadzór nad wydatkami staje się trudniejszy i kosztowniejszy. Rozrasta się biurokracja. Z drugiej strony, zawężają się możliwości ich produktywnego użycia. Rośnie natomiast ryzyko ich złego adresowania. Na przykład w zaledwie 6 krajach OECD, w większości o wydatkach publicznych niższych od mediany (tj. w Czechach, Kanadzie, Korei Południowej i Szwajcarii), do jednej dziesiątej gospodarstw o najniższych dochodach trafia więcej niż jedna dziesiąta transferów socjalnych. W 5 krajach ten udział wynosi 4% lub mniej. W 3 z tych krajów (Grecji, Portugalii i Włoszech) wydatki publiczne należą do wysokich wśród krajów OECD.

Tymczasem, wraz ze wzrostem wydatków publicznych zwiększa się uciążliwość podatków, z których się je finansuje. Coraz szybciej rosnące koszty podatków w zestawieniu z coraz wolniej rosnącymi korzyściami z wydatków publicznych sprawiają, że przy pewnym poziomie wydatków koszty podatków zrównują się z korzyściami z wydatków. Poziom ten maksymalizuje wzrost gospodarczy. Wedle różnych szacunków waha się on w przedziale od 17 do 25% PKB. Obniża go w szczególności upartyjnienie sektora publicznego, natomiast podnosi sprawność i dobra organizacja tego sektora. Zależy on również od możliwości uzyskiwania przez państwo dochodów bez konieczności podwyższania stawek podatków do poziomów istotnie osłabiających bodźce do produktywnych zachowań. Możliwości te rosną wraz ze wzrostem dochodu na mieszkańca. Zmienia się bowiem struktura gospodarki w taki sposób, który, z jednej strony, utrudnia uchylanie się od podatków, a z drugiej strony, zmniejsza relatywne korzyści z angażowania się w te rodzaje działalności gospodarczej, gdzie takie uchylanie się jest łatwe. W przedziale 17-25% PKB zawierają się wydatki publiczne w tygrysach azjatyckich: Hongkongu, Korei Południowej, Singapurze oraz na Tajwanie. Podobnie kształtowały się one na Zachodzie do lat sześćdziesiątych XX wieku. Wśród krajów Zachodu do zbliżonego poziomu powróciły one ostatnio w Irlandii.

Trzeba jednak podkreślić, że niskie wydatki publiczne nie gwarantują szybkiego wzrostu gospodarki, bo wcale nie muszą być przeznaczane na cele, które mu sprzyjają. Nie muszą też oznaczać niskich podatków. Niskie dochody podatkowe mogą być bowiem wynikiem niskiej ściągalności podatków, ustalonych na wysokim poziomie lub, co gorsza, określanych uznaniowo przez urzędników. Wysokie lub arbitralnie ustalane oficjalne podatki dają urzędnikom szerokie możliwości wymuszania łapówek, czyli podatku korupcyjnego. Na skutek wysokiego podatku korupcyjnego łączne przymusowe płatności stają się zaś duże (i niepewne).

Przedział wydatków publicznych, który pozwala osiągnąć największy dobrobyt, tzn. wciąż szybki wzrost, a jednocześnie poczucie bezpieczeństwa socjalnego, jest wyższy i wynosi 30-35% PKB. W takim przedziale mieszczą się wydatki publiczne w Nowej Zelandii, czy Szwajcarii, a w naszym regionie na Litwie i w Rumunii; niewiele wyższe są w Australii i Stanach Zjednoczonych, a wśród nowych krajów członkowskich UE w Bułgarii i na Łotwie.

W Polsce wydatki publiczne wynoszą prawie 43% PKB. Są więc około dwukrotnie wyższe od poziomu umożliwiającego maksymalizację wzrostu gospodarczego i o jedną trzecią/połowę wyższe od poziomu dającego szanse na osiągnięcie największego dobrobytu. W naszym regionie jeszcze większe, niż u nas, są one jedynie w Chorwacji i na Węgrzech. Pozostałe nowe kraje członkowskie Unii Europejskiej wydają mniej.

Mniej wydaje także 27 na 39 krajów wysoko rozwiniętych, do których Polska dopiero aspiruje. W tej grupie są i takie, jak Hiszpania, Islandia, Izrael, Kanada, Luksemburg, czy Słowenia, które uchodzą za mające całkiem rozbudowane państwo socjalne. Zarazem jeszcze więcej państw wysoko rozwiniętych miało wyraźnie niższe wydatki publiczne, niż Polska, wtedy, gdy dopiero budowały swój dobrobyt.

Znacząco mniej niż Polska wydają także państwa, które są na podobnym poziomie rozwoju, co nasz kraj. Szczególnie odstajemy od tych spośród nich, które w poprzednich 30 latach rozwijały się szybciej od średniej dla całej grupy. U nas wydatki państwa stanowią o niemal połowę większy odsetek PKB niż tam. Natomiast wyraźnie mniej odbiegamy od tej grupy państw o podobnym dochodzie na mieszkańca, które rozwijały się wolniej od średniej. Ale nawet w tym przypadku wydatki w Polsce są wyższe – o jedną czwartą.

Jak państwo dużo wydaje, to musi nakładać wysokie podatki. U nas szczególnie duże ciężary są nakładane na pracę. Obciążające ją różnego rodzaju składki i PIT sięgną w br. łącznie 12034 zł (1003 zł miesięcznie) w przypadku osoby zarabiającej przez cały rok płacę minimalną. Ciężary te wyniosą 26363 zł (2197 zł miesięcznie), jeżeli jej zarobki będą odpowiadać przeciętnemu wynagrodzeniu przewidywanemu przez rząd na ten rok, a 68550 zł (5713 zł miesięcznie), jeśli jej płaca będzie dwuipółkrotnie wyższa od średniej krajowej (taki poziom płac wciąż jeszcze – aż do końca br. – jest limitem podstawy wymiaru składek emerytalno-rentowych). Będą one stanowić 39,6% łącznych kosztów pracy osoby zarabiającej płacę minimalną, 41,0% tych kosztów w przypadku osoby otrzymującej przewidywane przeciętne wynagrodzenie i 42,9% przy dwuipółkrotnie wyższej płacy od średniej krajowej. Jeśli wyrazić je jako procent wynagrodzenia brutto, a nie łącznych kosztów pracy, to wyniosą one, odpowiednio, 47,8%, 49,4% i 51,4%. W przyszłym roku ma do tego dojść składka na Pracownicze Programy Kapitałowe (no i zniknąć limit składek emerytalno-rentowych). Gdyby dodać składkę na PPK, to suma wszystkich obciążeń nakładanych na pracę wzrosłaby o 956-2213 zł w przypadku płacy minimalnej, 2022-4681 dla przewidywanego przeciętnego wynagrodzenia i 5362-12521 przy płacy dwuipółkrotnie wyższej od średniej krajowej. Suma ta stanowiłaby, odpowiednio, 42,2-45,4% łącznych kosztów pracy przy zarobkach na poziomie płacy minimalnej, 43,6-46,7%, jeżeli zarobi się średnią krajową i 45,7-49,1% dla wynagrodzenia dwuipółkrotnie wyższego od tej średniej. Przy odniesieniu łącznych obciążeń do wynagrodzenia brutto, wyniosłyby one, odpowiednio, 51,5-56,5%, 53,2-58,2 i 55,5-60,8%.

Przywołuję te wielkości, żeby ostudzić zapał tych, którzy wzywają do podwyżki podatków. One już są bardzo wysokie, a rząd i tak dalej je podnosi. Wprowadził (1) podatek bankowy, czyli od kredytów, (2) podatek ubezpieczeniowy, czyli od polis, (3) podatek handlowy, czyli od zakupów, oraz (4) podatek „galeryjny” – początkowo od galerii handlowych i biurowców, ale wkrótce od wszelkich nieruchomości komercyjnych, w tym nawet od budynków z mieszkaniami na wynajem. Uchylił (5) obniżkę VAT uchwaloną przez poprzedni parlament, która miała obowiązywać od początku 2016 roku. Podniósł (6) VAT z 8 na 23% na wybrane produkty, np. na prezerwatywy. Objął (7) akcyzą e-papierosy i tzw. produkty nowatorskie. Zaostrzył (8) sposób naliczania akcyzy od samochodów sprowadzanych z zagranicy. Zamroził (9) progi w PIT i (10) planuje wprowadzić trzecią stawkę w PIT w wysokości 36% pod hasłem „daniny solidarnościowej”. Zarazem używa tego hasła jako zasłony dymnej dla (11) likwidacji liniowego PIT dla przedsiębiorców. Zniósł (12) limit składek emerytalno-rentowych. Obniżył (13), nawet do zera, kwotę wolną od wysokich zarobków. Pozbawił (14) wiele grup podatników możliwości korzystania z 50% kosztów uzyskania przychodów. Opodatkował – jak twierdzi przez pomyłkę – (15) wkłady pieniężne wnoszone do firm oraz (16) przychody z dziedziczonego majątku lub (17) otrzymanego jako darowizna, którego nie będzie można już amortyzować. Ograniczył możliwości zaliczania do kosztów podatkowych wydatków poniesionych na (18) usługi świadczone przez podmioty powiązane, na (19) odsetki, opłaty, premie, czy prowizje od pożyczek i kredytów, jak również na (20) znaki towarowe, czy licencje. Zlikwidował (21) możliwość pomniejszania przychodów z działalności operacyjnej o koszty uzyskania przychodów kapitałowych. Zawęził (22) listę przychodów (dochodów) z tytułu udziału w spółce kapitałowej zwolnionych z opodatkowania. Zwiększał lub wprowadzał quasi-fiskalne opłaty: (23) opłatę przejściową i (24) opłatę mocową za prąd, (25) opłatę emisyjną od paliw, (26) opłatę wodną, czy (27) opłatę recyklingową. Wszystko to pomimo doskonałej koniunktury na świecie, dzięki której budżet jest zasilany szerokim strumieniem dochodów. Wkrótce usłyszymy o dalszych podwyżkach podatków. Tak zawsze kończy się rozdawnictwo. Nasilą się one, i to dramatycznie, kiedy na świecie pogorszy się koniunktura.

Na koniec jeszcze jeden smutny wniosek. Mimo takiego drenażu kieszeni podatników, rząd nie ma pieniędzy na pomoc tym, którzy naprawdę jej potrzebuję, bo ze względu na niepełnosprawność nie są w stanie sami sobie pomóc. To pokazuje, że wysokie podatki wcale nie gwarantują, że państwo będzie miało wystarczające środki na zadania, które wspierają dobrobyt. Bo wpływy z podatków można wydać na inne cele. I w Polsce niestety się to robi.


ANDRZEJ RZOŃCA

© ANDRZEJ RZOŃCA 2020