• @andrzej_rzonca

Jak mały jest nowy „mały” ZUS dla przedsiębiorców?


Ciężary fiskalne, zdefiniowane jako dochody sektora finansów publicznych ogółem po wyłączeniu środków z UE i wpływów z dywidend, wzrosły w latach 2016-2017 o ponad 110 mld zł. Tego wzrostu nie da się wyjaśnić ani uszczelnieniem systemu podatkowego, ani wzrostem gospodarki. Według szacunków Ministerstwa Finansów dzięki uszczelnieniu VAT trafiło do budżetu o 17 mld zł więcej niż w 2015. Z kolei wzrost gospodarczy zapewnił sektorowi finansów publicznych dodatkowe dochody rzędu 62 mld zł. Suma ta skądinąd pokazuje, jak silnie uzależnione od wzrostu są finanse publiczne w naszym kraju: ewentualna stagnacja albo co gorsza recesja będzie dla nich o wiele większym wstrząsem niż zasiłek 500 plus. Resztę, czyli ponad 31 mld zł, wydrenowało z kieszeni Polaków dokręcanie podatkowej śruby. Zwiększyło ono ciężary fiskalne na gospodarstwo domowe o ponad 2 tys. 200 zł.

Ten drenaż będzie postępować, bo rząd kontynuuje rozdawnictwo. Wciąż więc musi podnosić lub wymyślać nowe podatki, składki, opłaty, daniny itp. W sumie, ich lista od zmiany władzy w 2015 roku obejmuje już 34 pozycje. Oznacza to, że w każdym miesiącu pojawia się więcej niż jedna podwyżka podatków lub nowy podatek (lub quasi podatek). Do 27 pozycji, których doliczyłem się w komentarzu z 18 maja, doszły: (28) zaostrzenie opodatkowania farm wiatrowych (o którym zapomniałem, a które ostatnio zostało częściowe wycofane), (29) owatowanie „Nocy Muzeów" i innych imprez promujących instytucje kultury, (30) opłata jakościowa za badanie techniczne pojazdów i (31) opłata dodatkowa, jeśli przeprowadzi się je po terminie, (32) opłata denna od przystani (o której również zapomniałem), (33) opłata za wjazd do centrum miast i (34) podwyżka opłat parkingowych.

Rząd usiłuje ukryć ten drenaż, korzystając z propagandy. Jednym z jej narzędzi są projekty obniżania ciężarów fiskalnych – tyleż głośne, co niemające większego praktycznego znaczenia. Do takich projektów należy zapowiedź premiera Morawieckiego z 14 kwietnia br. wprowadzenia nowego „małego” ZUS-u dla przedsiębiorców, nad którym prace legislacyjne właśnie przyspieszyły.

Ten „mały” ZUS rzeczywiście można nazwać małym, bo mało kto z niego skorzysta. Wedle wyliczeń rządu będzie to 173 tys. przedsiębiorców. Dużo? Nie, bo ta liczba odpowiada około 9% ogółu podmiotów prowadzących działalność gospodarczą w naszym kraju. Innymi słowy, przygniatająca większość firm (91%) nie skorzysta z proponowanego rozwiązania, choć zdecydowana większość z nich to mikro i małe przedsiębiorstwa, dla których rzekomo je przygotowano.

Dlaczego miażdżąca większość przedsiębiorców nie zapłaci mniej? Bo albo prowadzą działalność krócej niż 30 miesięcy i mogą płacić mniejsze składki od nowego „małego” ZUS-u (lub nie płacić ich w ogóle), albo traktują działalność gospodarczą jako uzupełnienie swoich dochodów i są objęci ubezpieczeniem z innych tytułów, albo mają w ciągu roku większe PRZYCHODY niż 30-krotność minimalnego wynagrodzenia, co pozbawia ich prawa do skorzystania z nowego rozwiązania. Według wyliczeń rządu przeciętny DOCHÓD przed opodatkowaniem tych przedsiębiorców, którzy będą mieli prawo do nowego „małego” ZUS-u, wynosi około 5500 zł, czyli niewiele ponad 450 zł miesięcznie. Rząd kieruje więc swój projekt do naprawdę baaaardzo małych przedsiębiorców – takich, którzy przez blisko 5 miesięcy muszą pracować na równowartość pensji minimalnej. I to jest drugi powód, dla którego nowy „mały” ZUS faktycznie można nazywać małym.

Jednocześnie, są podstawy do obaw, że zaproponowane rozwiązanie będzie wstępem do podniesienia składek dla pozostałych przedsiębiorców. Z Ministerstwa Finansów płyną sygnały, że są prowadzone prace nad powiązaniem składek na ubezpieczenie społeczne z dochodami przedsiębiorców. Wtedy w porównaniu do tego, co zacznie płacić wyraźna większość, nowy „mały” ZUS rzeczywiście będzie wydawał się mały.

Rząd uciekał się do podobnych propagandowych zabiegów w przeszłości, np. likwidując kwotę wolną od PIT dla najlepiej zarabiających, czy odbierając dużej części twórców prawo do korzystania z 50% kosztów uzyskania przychodu. Likwidację kwoty wolnej od PIT dla najlepiej zarabiających przeprowadził pod hasłem jej podniesienia (rzeczywiście ją podniósł, ale dla osób nie zarabiających nawet połowy minimalnego wynagrodzenia), a odebranie prawa do korzystania z 50% kosztów uzyskania przychodu – pod hasłem podniesienia progu przychodów uprawniających do rozliczania takich kosztów.

Zaproponowane rozwiązanie jest nie tylko głównie propagandą i – zapewne – wstępem do kolejnej podwyżki obciążeń (już 35 w tej kadencji parlamentu). Ma ono również mało ekonomicznego sensu. To kolejny powód, dla którego można je nazywać małym. Muszę jednak od razu zastrzec, że na tle innych sztandarowych projektów tego rządu jego ocena wypada całkiem dobrze. Bądź co bądź, zmniejsza ono, jakkolwiek śladowo, ciężary fiskalne, a w efekcie nieco ogranicza (zarówno bezpośrednio, jak i pośrednio) dalsze dezaktywizowanie Polaków.

Gdyby inne działania rządu nie podkopywały fundamentów długofalowego rozwoju, wtedy pozytywna ocena tego rozwiązania wymagałaby jego przeprojektowania. Jednym z jego deklarowanych celów jest poprawa przeżywalności przedsiębiorstw. Ów wzrost przeżywalności ma dotyczyć firm, które po 30 miesiącach nie osiągają skali pozwalającej im na utrzymanie się na rynku bez preferencji. Rząd chce takim firmom zapewnić preferencje jeszcze przez trzy lata ponad okres, w którym nowopowstałe przedsiębiorstwa mogą obecnie korzystać z obniżonych składek na ubezpieczenie społeczne (lub nie płacić ich wcale). Zamiast poszukiwać nowych przedsięwzięć, dających szansę na biznesowy sukces, firmy te przez 3 kolejne lata będą tkwić przy działalności pozbawianej takich szans.

Każda preferencja zniekształca konkurencję, tzn. poprawia relatywną pozycję konkurencyjną podmiotu, który z niej korzysta, a pogarsza pozostałych podmiotów, w tym zwłaszcza tych, które ponoszą koszty preferencji. W zaproponowanym rozwiązaniu korzystającymi z preferencji mają być podmioty bez większych perspektyw rozwojowych (których model biznesowy nie sprawdził się przez 30 miesięcy). Z preferencji nie będą natomiast mogły korzystać firmy, które osiągnęły sukces. Koszt preferencji spadnie zaś przede wszystkim na najbardziej produktywne przedsiębiorstwa, odprowadzające najwięcej podatków i składek (nie tylko od własnego zysku, wytworzonej wartości dodanej, ale i wynagrodzeń pracowników). Jakkolwiek nie będzie to duży koszt. Według wyliczeń Ministerstwa Finansów ma on wynieść nieco ponad 0,5 mld zł, czyli 59 razy mniej od tego, co przez podwyżki podatków i nowe podatki wprowadzone w poprzednich 2 latach rząd wyciąga z kieszeni Polaków. Nowy „mały” ZUS można więc nazywać małym, bo nie poprawiając istotnie sytuacji kogokolwiek, będzie mało kosztować.

Jednocześnie, owo zniekształcenie konkurencji nie będzie jednakowe we wszystkich sektorach. Zamierzając uzależnić wysokość składki nie od dochodów, a od przychodów przedsiębiorstw, rząd w istocie chce uprzywilejować sektory, w których nie korzysta się z wartości dodanej wytworzonej gdzieindziej, czyli te z nich, w których jest relatywnie ograniczone pole do specjalizacji. Tymczasem, specjalizacja jest zasadniczym źródłem wzrostu wydajności. Nowy „mały” ZUS, gdyby nie był głównie propagandą, sprawiłby, że specjalizacji i – w efekcie – wzrostu wydajności byłoby mniej.

Hamując przepływ czynników wytwórczych (czyli pracowników i kapitału) z mniej do bardziej produktywnych zarówno podmiotów, jak i sektorów, miałby też negatywny wpływ na dynamikę wynagrodzeń. Problem niskich płac dotyczy w Polsce przede wszystkim najmniejszych przedsiębiorstw. W takich firmach odsetek pracowników otrzymujących minimalne wynagrodzenie jest około 10 razy wyższy niż w pozostałych przedsiębiorstwach. Zaproponowane rozwiązanie polega na zapewnieniu preferencji firmom, które jeśli w ogóle zatrudniają, to pojedynczego pracownika, i jeszcze mało mu płacą, a zarazem nie mają perspektyw, żeby płacić mu więcej. Pogarsza ono natomiast pozycję konkurencyjną – jakkolwiek marginalnie, gdyż głównie jest zabiegiem propagandowym – przedsiębiorstw, które zatrudniają więcej pracowników i lepiej ich wynagradzają.

Rząd, który rzeczywiście dbałby o przedsiębiorców, szukałby rozwiązań, które poprawiają sytuację wszystkich, a nie tylko części z nich i to w dodatku marginalnej. Takie rozwiązania wymagałyby jednak porzucenia rozdawnictwa, na co przy obecnej władzy się nie zanosi. Jedyne, co może więc ona robić, jeśli akurat nie dokręca podatkowej śruby, to dokładać kolejne ulgi do istniejącej ich plątaniny. Muszą one przy tym dotyczyć bardzo wąskich grup, bo tylko wtedy będą skutkować dla budżetu śladowym ubytkiem wpływów, których on bardzo potrzebuje, żeby rozdawnictwo mogło trwać.

Oby rząd zaczął przynajmniej brać pod uwagę, jak mnożone przez niego ulgi wpływają na konkurencję, a w efekcie – na innowacje, wydajność i płace. Bo istnieją takie ulgi, które mogą jej sprzyjać. Tę cechę mają np. preferencje dla podmiotów rozpoczynających działalność gospodarczą. Może więc rząd rozważy zwiększenie wsparcia dla firm na samym początku ich działalności, np. w pierwszym roku po wejściu na rynek, lub poprze projekt „Aktywni młodzi”, przygotowany przez opozycję?

Chyba za bardzo się rozmarzyłem. Mistrzostwa świata w piłce nożnej co prawda pokazują, że niemożliwe jest możliwe. Ale zdaje się, że niestety nie dotyczy to naszego kraju.


ANDRZEJ RZOŃCA

© ANDRZEJ RZOŃCA 2020