• @andrzej_rzonca

Jak ograniczyć wstrząsowy wzrost cen prądu?


Przedsiębiorstwa i samorządy w nowych umowach na dostawę energii elektrycznej są obciążane podwyżkami sięgającymi kilkudziesięciu proc. Na przykład Łódzka Grupa Zakupowa otrzymała ofertę o 53% wyższą od dotychczasowej, Gdańsk o 55%, Bydgoszcz i Poznań o 57%, Wałbrzych i Tarnów o 60%, Grupa zakupowa Górnośląsko-Zagłębiowskiej Metropolii o 63%, Rzeszów i Koleje Mazowieckie o 68%, Koszalin o 70%. Znaczące podwyżki cen prądu nie ominą zapewne także gospodarstw domowych, choć rząd zarzeka się, że ich nie będzie, albo zostaną gospodarstwom zrekompensowane. Jednocześnie co i róż przedstawia coraz bardziej wymyślne sposoby sfinansowania tych rekompensat, w tym mające obciążyć spółki energetyczne.

Tymczasem, istnieje prosty sposób na złagodzenie wstrząsowego wzrostu cen energii i wskazała go opozycja. 13 grudnia przedstawiła projekt ustawy mającej radykalnie obniżyć podatku akcyzowego od energii elektrycznej. W br. obowiązują dwie stawki tego podatku. Wynoszą one, odpowiednio, 20 zł za MWh oraz – w przypadku górnictwa i koksownictwa – 3 zł za MWh. Projekt ustawy przygotowany przez opozycję przewiduje stawkę na poziomie 2,25 zł za MWh dla odbiorców biznesowych oraz 4,5 zł za MWh dla odbiorców niebiznesowych. Dzięki takiej zmianie Polska przeszłaby z grupy krajów o wysokiej akcyzie na prąd, do krajów, w której jest ona niska. Podobny poziom do obecnego w Polsce ma np. Grecja, natomiast do postulowanego: Hiszpania, Irlandia czy Luksemburgu.

Skala zaproponowanej obniżki akcyzy jest podyktowana regulacjami wspólnotowymi. Nie pozwalają one zupełnie zrezygnować z podatku akcyzowego od energii elektrycznej. Źródłem prawa unijnego w tym zakresie jest Dyrektywa Rady 2003/96/WE z 27 października 2003 r. w sprawie restrukturyzacji wspólnotowych przepisów ramowych dotyczących opodatkowania produktów energetycznych i energii elektrycznej. Dyrektywa ta określa minimalną stawkę akcyzy. Wynosi ona 0,5 euro za MWh oraz 1 euro za MWh dla odbiorców niebiznesowych (zob. tabelę C Dyrektywy). Żeby uniknąć konieczności zmiany stawek akcyzy w ślad za zmianami kursowymi, ich wartość w walucie krajowej powinna uwzględniać wystarczająco szeroki margines na jej osłabienie (w propozycji przedstawionej przez opozycję założono, że kurs euro nie przebije w horyzoncie roku 4,5 zł).

Koszt dla budżetu takiej obniżki akcyzy nie przekroczyłby 2 mld zł. Zarazem byłby z nadwyżką skompensowany przez dochody budżetu ze sprzedaży uprawnień do emisji gazów cieplarnianych, które dynamicznie rosną. W 2017 roku wyniosły one 2,124 mld zł. Okazały się o 17,9% wyższe, niż zaplanowano w ustawie budżetowej. Tego wzrostu nie uwzględniono przy konstruowaniu budżetu na br. W 2018 r. dochody budżetu w dziale gospodarka komunalna i ochrona środowiska (w którym prawie całość wpływów pochodzi ze sprzedaży uprawnień do emisji gazów cieplarnianych) zaplanowano na 2,070 mld zł. Tymczasem, do września budżet zarobił na sprzedaży uprawnień za pośrednictwem Europejskiej Giełdy Energii (EEX) w Lipsku 862 mln euro (dane za KOBIZE). Przy założeniu, że w IV kwartale cena uprawnień ukształtuje się na poziomie średniej z pierwszych trzech kwartałów, wpływy z ich sprzedaży w całym roku wyniosą 1,117 mld euro. Jeśli przeliczyć je na złote po średnim kursie euro w latach 2018-19 założonym w projekcie ustawy budżetowej na 2019 rok (4,15 PLN/EUR), skądinąd niskim w zestawieniu z dotychczasową realizacją w br., daje to kwotę 4,636 mld zł. Te szacunki wydają się przy tym mocno konserwatywne nie tylko z powodu przyjętego do obliczeń niskiego kursu euro. Nie biorą one pod uwagę tego, że ceny uprawnień poszły mocno do góry w trakcie roku (z 7,99 euro na początku stycznia do ponad 20 euro obecnie). Mimo owego konserwatyzmu, są one wyższe niż łączne dochody budżetu w dziale gospodarka komunalna i ochrona środowiska przewidziane w projekcie Ustawy budżetowej na przyszły rok. Skądinąd zaplanowano je na skokowo wyższym poziomie niż w br. Mają one wynieść 4,349 mld zł, a więc być ponad dwa razy wyższe niż założono w budżecie na br.

Nawet gdyby przyjąć, że przyrost dochodów budżetu ze sprzedaży uprawnień do emisji gazów cieplarnianych, nie przekroczy przewidzianego w projekcie Ustawy budżetowej na 2019 roku wzrostu wpływów w dziale gospodarka komunalna i ochrona środowiska (2,279 mld zł), to i tak byłby podobny, a być może nadal większy niż całość dochodów budżetu z podatku akcyzowego od energii elektrycznej. W ub. r. wpływy z akcyzy od energii elektrycznej wyniosły 2,163 mld zł. W Ustawie budżetowej na br. i projekcie Ustawy budżetowej na 2019 r. zawarto jedynie założenie odnośnie do łącznych wpływów z akcyzy bez ich rozbicia na kategorie dóbr obciążonych tym podatkiem. Niemniej wykonanie dochodów z podatku akcyzowego od energii elektrycznej do sierpnia br. na poziomie 1,668 mld zł wobec 1,476 mld zł w analogicznym okresie ub.r. wskazuje, że nie powinny one przekroczyć 2,5 mld zł.

Obniżenie akcyzy na energię elektryczną, zaproponowane przez opozycję jest dużo lepszym rozwiązaniem niż rozważane przez rząd wprowadzenie rekompensat dla wybranych gospodarstw domowych i to co najmniej z siedmiu powodów.

Po pierwsze, jest już gotowy projekt ustawy, którą można szybko przyjąć. Natomiast rekompensaty, o których mówi rząd, nie wyszły poza etap mglistych i wzajemnie sprzecznych zapowiedzi.

Po drugie, obniżka akcyzy nie wymaga notyfikacji w Brukseli, podczas gdy w przypadku rekompensat może być ona konieczna, zwłaszcza gdyby w ich wypłacie miały pośredniczyć – jak sugeruje rząd – spółki energetyczne

Po trzecie, nie wymaga poniesienia żadnych kosztów na administrację, ani nie nakłada żadnych ciężarów biurokratycznych na gospodarstwa domowe.

Po czwarte, łagodzi wzrost cen prądu dla wszystkich gospodarstw dotkniętych podwyżkami, a nie tylko dla wybranych.

Po piąte, ogranicza wstrząsowy wzrost cen prądu dla krajowych firm, a tym samym wspiera ich konkurencyjność wobec zagranicy. W rezultacie, chroni gospodarstwa przed podwyżkami cen krajowych dóbr lub obniżkami płac/zatrudnienia w krajowych firmach, do czego doszłoby, gdyby to firmy – bez udziału rządu – musiały zamortyzować wzrost cen prądu. Koszty zużycia energii stanowią około 2% łącznych kosztów przedsiębiorstw. Może wydawać się, że jest to niewiele, zwłaszcza, że kategoria ta obejmuje także koszty gazu i ogrzewania. Ale taki wniosek byłby mylący. Dla porównania wynagrodzenia stanowią 15% kosztów, a zyski w relacji do kosztów niewiele przekraczają 4%. Podwyżka cen energii o 70% stanowi więc odpowiednik wzrostu wynagrodzeń o ponad 10%. Przy braku innych dostosowań zmniejszyłaby zyski o ponad 1/3. Poza tym, dwuprocentowy udział zużycia energii w łącznych kosztach to średnia. Istnieją takie branże, w których przekracza on 20%. Będą one miały gigantyczny problem, żeby utrzymać się na rynku, gdyż tak silny wzrost cen prądu dotyczy Polski, a nie wszystkich krajów UE.

Po szóste, ogranicza wstrząsowy wzrost cen prądu dla samorządów, a tym samym zmniejsza presję na cięcia wydatków na inne cele, np. edukację, czy inwestycje.

Po siódme, zapobiega roztrwonieniu dochodów budżetu ze sprzedaży uprawnień do emisji gazów cieplarnianych na inne cele niż modernizacja energetyki, które musiałoby się skończyć dalszym wstrząsowym wzrostem cen energii elektrycznej. Według Ustawy o systemie handlu uprawnieniami do emisji gazów cieplarnianych co najmniej połowa wpływów z handlu uprawnieniami musi zostać przeznaczona na modernizację energetyki i cele związane z klimatem (dokładną listę polskich celów zawiera art. 49 pkt 6 ustawy). Odsetek ten powinien zostać podniesiony, docelowo (i to możliwie szybko) do 100%. I być rzeczywiście wydawany na modernizację energetyki.

Takie wydatkowanie tych dochodów znajduje wsparcie w pracach tegorocznego noblisty z ekonomii Williama Nordhausa. Wymaga jednak porzucenia dotychczasowej polityki energetycznej obecnie rządzących. Podczas gdy rząd zmuszał krajowe spółki energetyczne do przejmowania aktywów węglowych od zagranicy (wydały na nie 5,3 mld zł i przejęły 2,6 mld zł ciążących na nich zobowiązań) oraz hamował wzrost produkcji energii ze źródeł odnawialnych (w wyniku załamania inwestycji w te źródła w latach 2016-17 – nie zrealizowano ponad 3/4 inwestycji planowanych do przyłączenia w tym okresie, w I półroczu br. po raz pierwszy od co najmniej kilkunastu lat zmniejszyły się moce wytwórcze zielonej energii w Polsce), inne kraje silnie ją subsydiowały. Teraz świat przechodzi do coraz silniejszego quasi-opodatkowania produkcji brudnej energii. W ostatnich konkluzjach Rady Europejskiej zdecydowano de facto o pełnej dekarbonizacji Europy do 2050 roku. Polska tym boleśniej będzie odczuwać skutki tych globalnych trendów, im dłużej będzie odwlekać powrót do wspierania produkcji energii ze źródeł odnawialnych. Niestety nic nie wskazuje na to, żeby ten rząd wycofał się z dotychczasowej polityki. Z niedawno przedstawionej „Polityki Energetycznej Polski do 2040 r.” wynika, że chce likwidacji wszystkich istniejących turbin wiatrowych do 2035 roku. Polska ma stać się jedynym krajem Unii Europejskiej bez lądowej energetyki wiatrowej. Rząd nadal chce iść pod prąd. Coraz droższy!


ANDRZEJ RZOŃCA

© ANDRZEJ RZOŃCA 2020