• @andrzej_rzonca

Oszczędności emerytalne – największa ofiara rozdawnictwa


Zaczęły się wielkie poszukiwania pieniędzy na piątkę Kaczyńskiego – w kieszeni podatników. Piątka wyczerpuje bowiem i to z naddatkiem limit przyrostu wydatków publicznych wynikający ze stabilizującej reguły wydatkowej. Ma kosztować w przyszłym roku 42 mld zł (albo 31 mld, jeśli – jak uchwalił parlament, a prezydent podpisał – za rok nie będzie już trzynastej emerytury), a reguła – przy braku zmian w podatkach – zezwala na zwiększenie wydatków o niecałe 40 mld zł. Tymczasem, przed piątką uchwalono ustawy, które ich nie ograniczają, a mają dodatkowo podnieść – o prawie 20 mld zł (na wojsko, ochronę zdrowia, naukę, emerytury dla matek, które nie pracowały zawodowo, dopłaty do Pracowniczych Programów Kapitałowych oraz fundusz solidarnościowy i alimentacyjny). Do tego dochodzą jeszcze: waloryzacja świadczeń, zwłaszcza rent i emerytur, podwyżki w sferze budżetowej, chociażby dla nauczycieli, czy wzrost kosztów obsługi rosnącego długu publicznego.

Na naszych oczach piątka Kaczyńskiego zmienia się więc w dziesiątkę i to z dużym plusem: w dziesięć nowych podatków lub ich podwyżek – z okładem. Od przyszłego roku władza planuje: (1) nałożyć podatek na oszczędności emerytalne, (2) zlikwidować limit składek na ZUS, (3) znieść liniowy PIT dla samozatrudnionych i (4) objąć ich pełnymi składkami ZUS, (5) wprowadzić ZUS od umów o dzieło, (6) opodatkować firmy internetowe, (7) podwyższyć akcyzę na alkohol i (8) papierosy, (9) opodatkować papierosy elektroniczne i wyroby nowatorskie oraz (10) rozszerzyć podatek od torebek foliowych na te cieńsze (bo już widać, że w tym roku nie przyniesie on spodziewanego 1 mld zł, a zaledwie 60 mln zł; cel ekologiczny okazał się zasłoną dymną; władza ma nadzieję, że Polacy nadal będą używać tych torebek, gdyż dzięki temu do budżetu wpłynie ponad 1,4 mld zł). Do tych 10 nowych podatków lub ich podwyżek dochodzi przejęcie przez ZUS tej części składki, która dotychczas była oszczędzana w filarze kapitałowym systemu emerytalnego, oraz zwiększenie – na 5 sposobów – faktycznego opodatkowania zysków firm. Ma temu służyć: (1) zaostrzenie przepisów o klauzuli przeciwko unikaniu opodatkowania, (2) zniechęcanie przedsiębiorców do korzystania ze schematów podatkowych, a w szczególności (3) z tych transgranicznych, oraz zaostrzenie opodatkowania (4) u źródła z tytułu należności wypłaconych nierezydentom (odsetek, dywidend, należności licencyjnych itp.) i (5) struktur hybrydowych. Brzmi skomplikowanie? Oczywiście, bo mamy skomplikowane podatki, które ta władza wciąż jeszcze bardziej komplikuje. Efekt? Czas, który np. przedsiębiorca potrzebuje na wypełnienia obowiązków podatkowych, wydłużył się z 269 godzin rocznie w 2015 do 334, czyli o jedną czwartą. Było za długo, jest jeszcze dłużej, najdłużej od 2008 roku.

Jednak nie o kolejnych podatkach chcę pisać w tym komentarzu, jakkolwiek odnotowuję, że te najnowsze obciążą praktycznie każdego: przyszłych emerytów, przedsiębiorców, samozatrudnionych, twórców, dobrze zarabiających, konsumentów, kupujących alkohol lub papierosy. Skoncentruję się na przygotowywanej likwidacji filara kapitałowego w systemie emerytalnym, która – w krótkiej perspektywie – ma zapewnić władzy największe wpływy.

Przejęcie przez ZUS całości składki emerytalnej zapewni mu 3,5 mld zł dodatkowych dochodów. Poza tym zasili go kapitał emerytalny tych osób, które nie będą chciały zamieniać oszczędności z OFE na indywidualne konta emerytalne (IKE). Z kolei do budżetu ma popłynąć – w 2020 i 2021 – podatek od oszczędności z OFE przekształcanych na IKE. Ostateczne dochody z tego podatku będą zależeć od odsetka osób, które zdecydują się na taką zamianę. Wyłącznie ona ma być opodatkowana. Przeniesienie oszczędności do ZUS będzie z niego zwolnione.

Władza zakłada, że na zamianę zdecyduje się 80% przyszłych emerytów, a przeniesienie do ZUS wybierze pozostałe 20%. Przy takich proporcjach budżet dostanie ponad 19 mld zł podatku – płatnego w dwóch rocznych ratach (ale księgowanego w całości w przyszłym roku), a ZUS-u przejmie 32 mld zł oszczędności.

Premier utrzymuje, że pozostawia Polakom wybór. Ale w praktyce polega on na tym, że albo zapłacą od swoich oszczędności emerytalnych 15% podatek, a jeszcze zarząd nad nimi może obejmą PiSiewicze, albo oddadzą całość do ZUS-u.

Cała ta operacja jest nazywana przez premiera „prywatyzacją” oszczędności emerytalnych. Najwyraźniej dla niego oznacza ona partyjny skok na kasę. Jeśli zostaną zrealizowane jego plany, to na oszczędnościach emerytalnych położy łapę albo fiskus (zostaną obłożone 15% podatkiem) i PiSiewicze (którzy będą mogli przejąć zarządzanie nimi), albo ZUS i PiSiewicze (którzy będą reprezentować ZUS w radach nadzorczych i zarządach przejętych przez niego spółek). Gdyby premier naprawdę chciał nadać prywatny charakter tym oszczędnościom, to poparłby ustawę przygotowaną przez opozycję. Od niemal roku jest gotowy odpowiedni projekt, dzięki któremu przestałyby być one środkami publicznymi. Nie przewiduje on żadnego podatku, bo ich prywatyzacja w żaden sposób tego nie wymaga. Ewentualnie, premier mógłby zaproponować przekształcenie OFE w IKZE (w których – inaczej niż w IKE – składki są zwolnione z podatku), gdyby to jedynie rachunek polityczny nie pozwalał mu poprzeć rozwiązania przygotowanego przez opozycję. Prawda jest jednak taka, że na gwałt potrzebuje środków na rozdawnictwo, obiecane przez Kaczyńskiego, a i kolejne stołki do obsadzania mu się przydadzą do poszerzenia własnych politycznych wpływów i wykalkulował sobie, że skok na oszczędności emerytalne będzie najmniej politycznie kosztowny.

Może przy tym twierdzić, że on tylko kończy to, co zaczęła opozycja, kiedy rządziła. Ale będzie to nieprawdą. Między tym, co ona zrobiła, a tym, co forsuje ta władza, jest co najmniej sześć różnic

Pierwsza różnica dotyczy przedmiotu operacji. PO zamieniła obligacje, czyli jedne zobowiązania Skarbu Państwa, na inny rodzaj zobowiązania (subkonto w ZUS). Jest to zobowiązanie mniej pewne, ale wciąż będące zobowiązaniem. PO obniżyła jawny dług publiczny, wykazywany w statystykach fiskalnych, i zastąpiła go długiem ukrytym. Tylko tego pierwszego dotyczą progi ostrożnościowe z ustawy o finansach publicznych i Konstytucji, których przekroczenie wymaga albo ograniczenia wydatków publicznych, albo podwyżki podatków. Rządzący wtedy nie chcieli ani jednego, ani drugiego. Obecna władza natomiast zamierza dokonać skoku na żywą gotówkę zgromadzoną w OFE i na akcje prywatnych firm, w których ulokowano oszczędności emerytalne. Potrzebuje pieniędzy na kolejne rozdawnictwo oraz kolejnych lukratywnych posad na zaspokojenie PiSiewiczów.

Druga różnica dotyczy okoliczności. PO dokonała zamiany obligacji skarbowych na subkonta w ZUS po kryzysie. Chciała zapewnić pole manewru w finansach publicznych na wypadek jego ewentualnej kolejnej odsłony, której perspektywa wydawała się wtedy bardzo bliska. Obecna władza planuje przeprowadzić skok na gotówkę i akcje w tłustych czasach. Przejadła wszystkie nadzwyczajne dochody z dobrej koniunktury, zamiast odłożyć je na chude lata, a teraz rachunek chce pokryć z oszczędności emerytalnych.

Trzecia różnica dotyczy wpływu na własność firm. PO nie przejmowała przedsiębiorstw. Ta władza chce natomiast upartyjnić nawet prywatne firmy. Zagarnięcie przez nią akcji prywatnych przedsiębiorstw rozszerzy wpływ PiSiewiczów na gospodarkę. Wycisnęli oni spółki Skarbu Państwa jak cytrynę, a teraz chcą dobrać się do prywatnych firm. Skala potencjalnej nacjonalizacji jest ogromna. OFE zarządzają akcjami o wartości 126 mld zł. To tyle samo, ile są warte akcje i udziały dotychczas posiadane przez Skarb Państwa.

Czwarta różnica dotyczy skutków dla kapitału emerytalnego przyszłych emerytów. PO go nie zmniejszyła. Ta władza natomiast stawia warunek: żeby go zachować, trzeba będzie całość oszczędności emerytalnych oddać ZUS; w przeciwnym razie zostanie on obciążony podatkiem w wysokości 15%.

Piąta różnica dotyczy wpływu na przyszły wzrost tego kapitału. Zwiększenie wpływu PiSiewiczów na gospodarkę, w tym może nawet jego podwojenie, osłabi jej rozwój. Międzynarodowy Fundusz Walutowy oszacował, że gdyby te firmy, które już są upartyjnione, działały tak jak prywatne, to łączna produktywność czynników wytwórczych w gospodarce wzrosłaby o prawie 9%. Oznacza to, że o podobną wielkość mogłyby być wyższe dochody Polaków, w tym wynagrodzenia, od których odprowadza się składki emerytalne. PiSiwicze podetną też wycenę akcji prywatnych firm, które obsiądą, a więc i kapitału emerytalnego w nie ulokowanego. Jeśli ktoś ma co do tego wątpliwości, niech porówna, jak zmieniała się wycena akcji największych firm u nas (gdzie większość z nich jest upartyjniona) oraz za granicą. W naszym kraju jest ona mniej więcej taka, jak 11 lat temu – przed wybuchem globalnego kryzysu finansowego. Natomiast w krajach wysoko rozwiniętych wzrosła ona od tamtej pory od 20% (w Wielkiej Brytanii, pomimo niepewności wywołanej Brexitem) do 100% (w USA). Będzie więc mniej pieniędzy na wypłatę emerytur - zarówno z ZUS (bo przy słabszym wzroście będzie mniej pieniędzy ze składek), jak i z IKE mających zastąpić OFE (bo spadnie wartość akcji, w które inwestują one oszczędności emerytalne).

Szósta różnica dotyczy wniosków z ograniczenia filara kapitałowego. Podczas gdy obecna władza chce całkiem go zlikwidować, PO przyznała się do błędu i pokazała jak go naprawić. Pisałem o tym w komentarzu z 20 października 2017 roku. Przewodniczący PO w 2017 roku ogłosił program #TwojaPolska. Przewiduje on, że każdy, kto wyrazi taką wolę, będzie mógł zastąpić subkonto w ZUS z powrotem obligacjami skarbowymi trzymanymi w filarze kapitałowym, jak również zamienić je na akcje dzisiaj upartyjnionych firm. Te firmy muszą zacząć służyć przyszłym emerytom, a nie dobrostanowi PiSiewiczów.

Czy zaczną? Przed obywatelami wielki wybór: w maju i jesienią.


ANDRZEJ RZOŃCA

© ANDRZEJ RZOŃCA 2020