• @andrzej_rzonca

Kiedy praca zacznie się opłacać?


Polska potrzebuje więcej dobrej pracy. Jest ona potrzebna nie tylko pracownikom. Potrzebuje ją też kapitał. Nie będzie więcej inwestycji, które są jego źródłem, jeżeli nie będzie więcej legalnego zatrudnienia. Przedsiębiorstwa nie będą miały powodów, żeby inwestować w nowe linie produkcyjne, jeśli będą miały problemy z obsadzeniem załogi do obsługi istniejących. Zdolność do inwestowania, w szczególności mikroprzedsiębiorstw, nie poprawi się, o ile dalej będą zmuszone konkurować z tymi, którzy swoją działalność opierają na pracy z pogranicza szarej strefy. Jeżeli zaś nie będzie więcej legalnego zatrudnienia i więcej inwestycji, to nie będzie dodatkowych wpływów z podatków, z których państwo finansuje swoje wydatki. Tak więc i sytuacja beneficjentów tych wydatków, w tym świadczeń socjalnych, zależy od tego, ile będzie w Polsce dobrej pracy.

Liczba osób w wieku produkcyjnym przestała rosnąć w 2011 lat temu. Od tamtej pory skurczyła się już o ponad 1,4 mln. W nadchodzących latach jej spadek jeszcze przyspieszy, bo duże roczniki z lat pięćdziesiątych będą zastępowane przez małoliczne roczniki z lat dwutysięcznych. Do 2030 roku zmniejszy się ona o dalsze 1,6 mln osób. Żeby przeciwdziałać skutkom tego spadku dla rynku pracy, trzeba wyciągać Polaków z bierności zawodowej. Wciąż mamy tutaj rezerwę.

Opozycja przygotowała projekty, które gdyby zostały wprowadzone, podniosłyby odsetek pracujących wśród osób w wieku 20-64 lata o co najmniej 5 pkt proc. w ciągu 5 lat. Taki wzrost oznaczałby ograniczenie luki w zatrudnieniu wobec Niemiec o połowę. Stawką jest ponad milion miejsc pracy! Projekty te koncentrują się na wzmocnieniu bodźców do pracy i zatrudniania tych grup, które mają największe problemy ze znalezieniem i utrzymaniem legalnej pracy. Mają one pomóc zwłaszcza ludziom o niskich kwalifikacjach lub nie mogących pracować w pełnym wymiarze godzin, osobom starszym, młodym oraz kobietom.

Pierwszy z projektów mających złagodzić niedobór pracowników na rynku to program „Niższe podatki, wyższa płaca”. Pisałem o nim w komentarzu z 11 stycznia br. Składa się on z dwóch głównych elementów: obniżenia PIT i składek na ZUS dla wszystkich pracowników do maksymalnie 35%, oraz premii za aktywność dla zarabiających poniżej dwukrotności płacy minimalnej (4,5 tys. zł), czyli ponad połowy z nich. Ta premia to de facto kwota wolna od PIT i składek po stronie pracownika, malejąca wraz ze wzrostem dochodu, tyle, że najpewniej wyliczana przez urząd skarbowy, a nie pracodawcę, i co miesiąc przelewana na konta pracujących. To drugie rozwiązanie radykalnie uprościłoby rozliczenia. Od funduszu płac przedsiębiorca odprowadzałby jeden przelew podatkowo-składkowy, a całą resztą: podziałem na poszczególne składki i PIT oraz wyliczeniem i wypłatą premii za aktywność zajęłoby się państwo. Dzisiaj, żeby wyliczyć wszystkie składki i PIT, przedsiębiorca musi wykonać co najmniej 14 operacji i to dla każdego pracownika z osobna.

Dzięki programowi efektywne opodatkowanie i oskładkowanie umów o pracę będzie się wahać od 17% przy płacy minimalnej do 35% przy pensji na poziomie dwukrotności minimalnego wynagrodzenia lub więcej. Dziś to efektywne obciążenie daninami zaczyna się w okolicach 38% i rośnie aż do niemal 50% To oznacza, że projekt „Niższe podatki, wyższa płaca” zetnie ciężary od najsłabiej wynagradzanej pracy ponad dwukrotnie. Zmniejszą się one do poziomu z takich krajów, jak Australia, Irlandia, czy Szwajcaria. Tylko w 4 krajach OECD (ale w żadnym z Europy) będą one niższe. Dla porównania, obecnie tylko w 2 krajach OECD są one wyższe niż u nas, a zmiany w ramach piątki Kaczyńskiego niewiele tu zmienią: poprawią naszą pozycję tylko o trzy miejsca.

Projekt opozycji natomiast tak radykalnie zmniejszy klin przy niskich wynagrodzeniach, że znikną bodźce do zatrudniania w szarej strefie. Nie będzie żadnych podatkowych korzyści z zatrudniania na czarno, bo ewentualne oszczędności na obciążeniach od wynagrodzeń pracowników będą zbliżone do wzrostu podatku dochodowego, który będzie musiał zapłacić nieuczciwy przedsiębiorca, nie wykazując wydatków na wynagrodzenia w kosztach.

Zatrudnianie na umowę o pracę zacznie się też podatkowo opłacać w zestawieniu z elastycznymi formami zatrudnienia. Płacę minimalną będą de facto obciążać tylko składki po stornie pracodawcy, a więc ciężar prawie dwukrotnie niższy niż suma PIT i ZUS od umowy zlecenia opiewającej na podobną kwotę. Większa stabilność zatrudnienia będzie zachęcać pracodawców do inwestowania w kwalifikacje pracowników, a pracownikom – ułatwiać ich podnoszenie. Dzięki temu, dochody na rękę słabiej zarabiających osób nie tylko wzrosną – i to skokowo – bezpośrednio po wprowadzeniu projektu, ale będą mogły dalej rosnąć i później.

Pracownikom możliwości podnoszenia kwalifikacji dodatkowo poszerzy inny projekt opozycji: program kształcenia osób dorosłych „Lepsza praca START”. Prowadzone dotychczas w Polsce publiczne programy szkoleń osób dorosłych nie są skuteczną odpowiedzią ani na niewystarczającą liczbę specjalistów w niektórych grupach zawodowych, ani na frustrację części społeczeństwa związaną z brakiem perspektyw rozwoju zawodowego. Adresowane są przede wszystkim do osób zarejestrowanych jako bezrobotne, a nie do pracujących niespełniających się w swojej pracy. Stypendium wynosi 120% zasiłku dla bezrobotnych, czyli niecałe 900 zł. Grupą, do której będzie skierowany program opozycji „Lepsza praca START”, będą osoby w wieku powyżej 30 lat, dotychczas pracujące w zawodach wymagających niskich kwalifikacji.

Program będzie miał następującą konstrukcję: (1) Minister odpowiadający za rynek pracy określi listę szkoleń zawodowych (np. pielęgniarstwo, technik budownictwa, informatyka) objętych dofinansowaniem. Wojewódzkie Urzędy Pracy będą decydować o strukturze szkoleń w województwie i podpisywać umowy z instytucjami edukacyjnymi. (2) Klasyfikacja do programu będzie się odbywać na podstawie egzaminu z predyspozycji zawodowych oraz spełniania przez kandydatów kryteriów wieku i posiadania historii zatrudnienia. (3) Państwo będzie opłacać szkolenia trwające 12-36 miesięcy oraz wynagrodzenie w wysokości płacy minimalnej dla uczestników programu. Uczestnicy szkoleń będą je otrzymywać, dopóki będą chodzić na zajęcia i zaliczać semestralne egzaminy.

Dzięki programowi swoje kwalifikacje będzie mogło podnosić do 50 tys. osób rocznie (po dwuletnim pilotażu). Dla porównania w ub. r. ze szkoleń (często bardzo krótkich) skorzystało 39 tys. osób, a z przygotowania zawodowego dorosłych … 51 osób. Fundusz Pracy wydał na te szkolenia około 200 mln zł.

Przy okazji prac nad projektem „Niższe podatki, wyższa płaca” oraz rozmów ze związkowcami i pracodawcami opozycja doszła do wniosku, że da się zrealizować wieloletni postulat związków, aby płaca minimalna była równa połowie przeciętnego wynagrodzenia w roku poprzednim. Obecnie jest niewiele niższa. Takie powiązanie odpolityczni proces wyznaczania płacy minimalnej, a jednocześnie zapewni utrzymanie premii za aktywność dla ponad połowy pracujących także w przyszłości (i jej pozytywnych skutków dla aktywności zawodowej). Bez niego premię tę spotkałby zapewne los pierwszej stawki PIT. Otóż, o ile w 2008 roku 18 proc. podatku płacił nawet pracownik zarabiający niemal trzykrotność przeciętnego wynagrodzenia, o tyle teraz wystarczy wynagrodzenie przewyższające średnią krajową o mniej niż trzy czwarte, żeby zapłacić PIT na poziomie 32%.

Opozycja podtrzymuje swój projekt złożony w tej kadencji parlamentu zwolnienia pracowników, którzy osiągną wiek emerytalny, ale nie przejdą na emeryturę, jak również ich pracodawców ze składek na ZUS. Dzięki temu ich płaca na rękę skokowo wzrośnie, zaś koszt ich zatrudnienia spadnie. Projekt ten jest wzorowany na rozwiązaniach z Austrii (jakkolwiek tam nie są one aż tak radykalne – zwolnienie dotyczy połowy składek, a nie całości, ale w tamtym kraju podnosi się wiek emerytalny). Pisałem o tym projekcie w komentarzu z 22 września 2017 roku. Jednocześnie opozycja chce nagradzać wieloletnią pracę premią emerytalną, wypłacaną w akcjach o wartości: 10 tys. za 40 lat pracy, 15 tys. za 45 lat pracy i 20 tys. za 50 lat pracy. Premia ta ma być jednym z 3 sposobów dzielenia wartości spółek z udziałem Skarbu Państwa, tworzonej dzięki ich odpartyjnieniu. Więcej na temat tego programu pisałem w komentarzu sprzed 4 tygodni. Wreszcie, trzecim projektem mającym zachęcić Polaków do dłuższej aktywności zawodowej jest uzależnienie wysokości 13 emerytury od stażu pracy. Im dłużej ktoś pracował, tym wyższe będzie jego świadczenie.

Te trzy projekty mają wyciągnąć Polskę z pułapki, w którą wepchnęła ją obecna władza, obniżając wiek emerytalny. W naszym kraju nie da się już wprowadzić sprawdzonej i najskuteczniejszej metody złagodzenia skutków dla rynku pracy fatalnej demografii, czyli trwale podnieść wieku emerytalnego. Istnieje bowiem partia gotowa zawsze go obniżyć. W Europie nikt przed PiS nie odpowiedział w podobny sposób na starzenie się społeczeństwa. Później na podobny krok, choć z zastrzeżeniem, że robią to tylko czasowo, zdecydowali się jedynie populiści z Włoch – kraju, który jesteśmy w stanie przegonić pod względem dochodu na mieszkańca w ciągu dziesięciu lat, mimo że na początku lat dziewięćdziesiątych był on tam wyższy niż przeciętnie w Europie Zachodniej.

Innym uzupełnieniem programu „Niższa podatki, wyższa płaca” ma być projekt zwolnienia osób młodych (w wieku do 24 lat) ze składek na ZUS i NFZ przy podejmowaniu działalności gospodarczej oraz – po 2 latach – ze składek na ZUS przy zatrudnieniu na umowę o pracę. Projekt ten opozycja złożyła w tej kadencji parlamentu. Pisałem o nim w komentarzu z 6 października 2017 roku. Jego celem jest nie tylko aktywizacja młodych ludzi. Ułatwiając im w okresie, w którym wielu z nich jest jeszcze na utrzymaniu rodziców, eksperymentowanie, testowanie własnych pomysłów i podejmowanie ryzyka, ma on także złagodzić negatywny wpływ spadku ich liczby na natężenie innowacji w polskiej gospodarce.

Dzięki programowi „Niższe podatki, wyższa płaca” i uzupełniającym je projektom praca będzie się opłacać dużo bardziej niż dotychczas. Odczują to w szczególności osoby o niższych zarobkach, starsi pracownicy, młodzi i kobiety. Dochód na rękę osób otrzymujących minimalne wynagrodzenie praktycznie zrówna się z płacą brutto (2250 zł w 2019 r.). Dochody tej połowy wszystkich pracowników, która słabiej zarabia, wzrosną od 12% do 38%. Dochody na rękę osób, które osiągnęły wiek emerytalny, a dalej pracują, nie pobierając emerytury, podniosą się nawet o 47%. Dochody na rękę tej połowy osób młodych, która słabiej zarabia, zwiększą się od 23% do 38%. Jeżeli zaś przez dwa lata próbowały, bez powodzenia, odkryć w sobie żyłkę przedsiębiorcy, to ich dochody na rękę z pracy u kogoś wzrosną nawet o ponad 40%. Zarazem mimo tak silnego wzrostu dochodów, koszt ich zatrudnienia dla pracodawców zmniejszy się o 17%. Zawęzi się luka płacowa między kobietami a mężczyznami. Dochody na rękę tej połowy kobiet, które słabiej zarabiają, zwiększą się od 14 do 38%. Dla porównania dochody połowy słabiej zarabiających mężczyzn wzrosną od 10 do 38%. Różnica między medianowym wynagrodzeniem kobiet i mężczyzn zmniejszy się o prawie jedną trzecią.

Sytuację kobiet na rynku pracy dodatkowo poprawi zapowiedziane przez opozycję finansowanie zasiłku chorobowego w związku z ciążą od razu przez ZUS, a nie dopiero po 33 dniach. Jako że tylko one mogą być w ciąży, zniknie jedno ze źródeł ich dyskryminacji. Przedsiębiorcy będą chętniej je zatrudniać, bo przestaną być narażeni na ryzyko finansowania świadczenia chorobowego w okresie ciąży. To zaś dodatkowo zawęzi lukę płacową.

Opozycja ma też gotowy projekt ustawy mającej zaktywizować rodziny z osobami niesamodzielnymi. Jej projekt złożyła w tej kadencji parlamentu. Przewiduje on wprowadzenie czeku opiekuńczego na pokrycie kosztów opieki nad takimi osobami. Otrzymają go rodziny, w której wszystkie osoby zdolne do pracy są aktywne zawodowo.

Opozycja ma również pomysł na aktywizację osób, które znalazły się w pułapce socjalnej. Deklaruje obwarowanie otrzymywania świadczeń socjalnych przez osoby zdolne do pracy warunkiem pracy lub jej poszukiwania. Jednocześnie chce podnieść opłacalność jej podejmowania przez bardziej stopniowe wycofywanie świadczeń przy wzroście dochodu. Po przekroczeniu progu dochodowego będą one pomniejszane nie według zasady „złotówka za złotówkę”, a według zasady „20 groszy za złotówkę” w pierwszym miesiącu od przekroczenia progu, „30 groszy za złotówkę” w drugim miesiącu, „40 groszy za złotówkę” w trzecim miesiącu i „50 groszy za złotówkę” później.

Opozycja planuje też zachęty do przeprowadzania się do miejsc, w których jest praca. W szczególności, umożliwi bezrobotnym docelowo w każdym wieku uzyskanie bonu na zasiedlenie (dzisiaj taką możliwość mają tylko osoby w wieku do 30 lat). Bon taki będzie przysługiwał nie tylko bezrobotnemu, ale i innym członkom jego rodziny, jeśli przeprowadzka będzie wymagać także od nich zmiany miejsca pracy.

Wreszcie, opozycja zapowiada likwidację biurokratycznej mordęgi przy zatrudnianiu pracowników: z UE, z krajów bliskich Polsce kulturowo oraz o wysokich kwalifikacjach. W szczególności, obiecuje wydłużyć okres zatrudniania na podstawie oświadczeń, wprowadzić status zweryfikowanego pracodawcy oraz zwolnić firmy z konieczności ponownego przechodzenia przez wszystkie formalności przy awansie pracownika.

Spośród projektów przygotowanych przez opozycję jedynie program „Niższe podatki, wyższa płaca” będzie oznaczał wysoki koszt dla finansów publicznych. Ma on wynieść około 30 mld zł. Ale program nie wejdzie w życie od stycznia 2020 roku, bo dotyczy generalnej przebudowy systemu podatkowego. Wybory będą 13 października, a zanim powstanie nowy rząd minie termin możliwych zmian w prawie podatkowym na 2020 rok. Zresztą nawet gdyby dałoby się je wprowadzić jeszcze przed upływem tego terminu, to nie powinno się tego robić. Pracownicy, firmy i administracja muszą mieć czas na dostosowanie się do zmian. Opozycja zamierza przyjąć jako zasadę co najmniej półroczny okres vacatio legis dla złożonych zmian w prawie, w tym wszystkich zmian podatkowych. Deklaruje, że obecny proceder przepychania ustaw podatkowych – i to łącznie z podpisem prezydenta – w jeden dzień nigdy się nie powtórzy po jej zwycięstwie. Projekt więc ruszy od roku 2021, a wówczas obowiązująca w Polsce stabilizująca reguła wydatkowa da przestrzeń do obniżki podatków i składek oraz wzrostu wydatków publicznych o ok. 40 mld złotych. Przestrzeń ta wynika ze wzrostu polskiej gospodarki, a wylicza się ją na podstawie jego przeciętnego tempa z 7 poprzednich lat, prognozy na dany roku i celu inflacyjnego (po czym koryguje w zależności od wielkości deficytu, jego przeszłych odchyleń od średniookresowego celu budżetowego, poziomu długu publicznego i stanu koniunktury).

Opozycja nie zamierza jednak wyczerpywać większości tej przestrzeni na pojedynczy program. I w tym przypadku chce zerwać z obecną praktyką, której efektem ubocznym jest np. dwukrotny wzrost wakatów w policji, obniżka płac nauczycieli poniżej średniej krajowej, czy zahamowanie budowy nowych dróg. Wskazuje więc dodatkowe źródła finansowania programu. Przypomnę, że pisałem o nich w komentarzu z 11 stycznia br. Są to: oszczędności budżetowe – w szczególności na aparacie władzy i jego propagandzie, dochody publiczne zaniedbywane przez obecną władzę i likwidacja luk w systemie podatkowo-składkowym.

Innym kosztownym projektem, ale tylko jednorazowo i nie dla podatników, będzie premia emerytalna. W pierwszym roku jej obowiązywania trafi ona bowiem nie tylko do osób, które w danym roku osiągnęły wymagany staż pracy, ale także do wszystkich, którzy wypracowali go w poprzednich latach. Takich osób jest około 1,6 mln. Łączna wartość premii, którą dostaną, to 19,9 mld zł. Do osób tych nie trafi jednak żywa gotówka, a akcje w spółkach z udziałem Skarbu Państwa. Koszt premii emerytalnej, którą otrzymają, nie spadnie więc na podatników, a będzie pokryty ze wzrostu wartości tych spółek w wyniku ich odpartyjnienia. W drugim roku koszt premii emerytalnej spadnie do około 1,5 mld zł. W następnych latach będzie stopniowo rósł, jeśli okaże się skuteczną zachętą do wydłużenia aktywności zawodowej. Ale wtedy budżet zostanie zasilony dodatkowymi wpływami – z podatków płaconych przez osoby, które postanowią dłużej pracować, oraz przez ich pracodawców.

Pozostałe z wymienionych projektów nie będą rodzić żadnych kosztów, albo w najgorszym razie niewielkie. Zwolnienie ze składek pracowników w wieku emerytalnym, którzy nie pobierają emerytury, może kosztować maksymalnie 2,5 mld zł, program „Lepsza praca START” – 1,1 mld zł (po dwóch latach pilotażu), zwolnienie młodych przedsiębiorców ze składek na ZUS – 4 mld zł, a finansowanie zasiłku chorobowego w związku z ciążą od razu przez ZUS – 0,5 mld zł. Ale koszty te mają charakter warunkowy. W takiej wysokości pojawiłyby się wówczas, gdyby projekty nikogo nie zaktywizowały, a jedynie poprawiły sytuację tych osób, które i bez nich są aktywne (w przypadku ulgi dla młodych przedsiębiorców musiałyby być spełnione jeszcze dwa inne warunki: (1) wszyscy młodzi ludzie, którzy dzisiaj są aktywni, postanowiliby porzucić umowy o pracę i założyć firmy; (2) projekt nie zwiększyłby dochodów żadnej z młodych osób). W rzeczywistości jednak koszty te będą pomniejszane przez wpływy z podatków płaconych przez zaktywizowane osoby oraz ich pracodawców.

Praca jest najskuteczniejszą receptą na wyciąganie ludzi z biedy i zapewnienie im godnych warunków życia. Daje wynagrodzenie, na które idzie większość dochodów wytworzonych w gospodarce. Ale ma ona nie tylko wymiar materialny. Ma znacznie większą wartość: pozwala ludziom uwierzyć w siebie, poczuć, że są potrzebni innym. W życiu dorosłego człowieka, poza rodziną, trudno wskazać większą wartość, niż praca. Obecna władza jednak jej nie ceni. To opozycja ma plan, co zrobić, żeby pracy było u nas więcej – i to dobrej. Ale musi z nim dotrzeć do wyborców. Zostały jej dwa miesiące. Rok 1989 pokazał, że to wcale nie mało czasu.


ANDRZEJ RZOŃCA

© ANDRZEJ RZOŃCA 2020