• @andrzej_rzonca

Co proponuje opozycja, a co władza w sferze gospodarki?


Nadchodzą wybory o fundamentalnym znaczeniu dla przyszłości naszego kraju. Obywatele zdecydują w nich, która z dwóch całkowicie różnych wizji Polski, także w sferze gospodarczej, będzie realizowana.

Jedna z tych wizji – opozycji – buduje na tym, co przyniosło naszemu krajowi po 1989 roku sukces gospodarczy niemający precedensu w naszej historii. Mimo że większość z nas nie jest tego świadoma, powtórzyliśmy cud gospodarczy Niemiec: dochód na mieszkańca w Polsce od 1990 roku podążał niemalże tą samą ścieżką co u naszego zachodniego sąsiada po 1955 roku. W rezultacie, luka w dochodzie na mieszkańca między naszymi krajami zawęziła się do poziomu z początku PRL. W niecałe 30 lat nadrobiliśmy 45 lat zapóźnienia po socjalizmie.

Druga wizja – władzy – opiera się na zanegowaniu sukcesu wolnej Polski. Władza utrzymuje, że „patologie [PRL] nie osłabły [w wolnej Polsce], lecz nabierały siły w zetknięciu ze słabo opłacanym aparatem państwowym i z rynkiem oferującym znaczne możliwości zarobkowe”. W efekcie „patologia aparatu państwowego łączyła się z patologią rynku oraz z przestępczością zorganizowaną”. Rzekomo powszechne stało się działanie „na zasadzie, którą można określić jako odwrotność reguły pro publico bono”. Organizowano się „wokół nieekwiwalentnego przejmowania własności wspólnej lub cudzej”. Co więcej, „obok odrzucenia zasady pro publico bono duże znaczenie miały też predyspozycje nowo-starej elity do podporządkowywania się wpływom zewnętrznym”. Według władzy „rezygnacja znacznej części elity z lojalności wobec państwa polskiego jest bez wątpienia poważną cechą systemu utworzonego po 1989 roku”.

Cel opozycji w sferze polityki gospodarczej jest jasno zdefiniowany: Polska ma znaleźć się wśród 20 krajów najbardziej przyjaznych przedsiębiorczości na świecie nie później niż w 2025 roku. Tylko wtedy bowiem, gdy uwolnimy przedsiębiorczość i energię Polaków, nasz kraj będzie miał szanse na to, żeby stać się najlepszym miejscem do życia na Ziemi.

Cel władzy jest mglisty, a przede wszystkim sprzeczny z prowadzoną przez nie polityką – także gospodarczą. Zapowiada ona budowę w Polsce państwa dobrobytu – na wzór Skandynawii. Ale państwo dobrobytu to praworządność, którą ta władza depcze; to stabilne prawo, które ona bez przerwy zmienia; to wolność gospodarcza, którą ona odbiera; to aktywizowanie ludzi, których ona wypycha na socjal; to szacunek i opieka nad mniejszościami, którymi ona pogardza; to porządna szkoła, którą ona zniszczyła; to dobra ochrona zdrowia, o którą ona nie dba; to dyscyplina w finansach publicznych, a nie rozpasanie w tłustych latach.

Wartości, na których opiera się program gospodarczy opozycji to praca, wolność, równość i własność. Władza twierdzi, że dla niej kluczowe (w polityce gospodarczej) są takie wartości jak wolność, solidarność, równość, sprawiedliwość, naród i państwo. Ale większość z tych wartości definiuje specyficznie. W szczególności odrzuca indywidualizm i – jak utrzymuje – kolektywizm. Ale zarazem wolność utożsamia z przynależnością do „wspólnot różnego rodzaju”.

Opozycja tak skonstruowała swój program gospodarczy, żeby odpowiadał on na główne wyzwania stojące przed polską gospodarką. Za takie opozycja uznaje niesatysfakcjonujące zarobki, niedostatek rąk do pracy, niskie inwestycje, słabość sektora średnich przedsiębiorstw, który stanowi o sile takich gospodarek, jak austriacka, niemiecka, czy szwedzka, oraz skrajane upartyjnienie spółek z udziałem Skarbu Państwa i wynikające z tego patologie. Trudno się nie zgodzić z diagnozą opozycji.

Płace wyrażone w euro wynoszą u nas około jednej trzeciej średniej w Europie. Niższe niż w Polsce są tylko w 5 krajach UE. Jeśli uwzględni się różnice w poziomie cen, różnice w zarobkach co prawda się zawężają: w takim ujęciu wyprzedzamy 10 krajów UE, a przeciętna płaca w Polsce w stosunku do średniej w Europie niemal się podwaja. Ale nadal stanowi ona tylko około 2/3 tej średniej.

Z powodów demograficznych w 2020 roku z rynku pracy ubędzie 80 tysięcy osób. W ciągu kolejnych 25 lat tempo odpływu będzie coraz wyższe, aż w połowie lat 40-tych osiągnie 160 tysięcy osób rocznie. Nie dość, że populacja osób aktywnych będzie się szybko kurczyć, to jeszcze statystyczny pracownik będzie coraz starszy, a przez to chociażby coraz częściej chorujący. Według szacunków MFW w ciągu najbliższych 30 lat czynniki demograficzne obniżą wzrost polskiej gospodarki średnio aż o 1,2 punktu procentowego rocznie. Im później tym gorzej, ale już w 2030 roku ujemny wpływ demografii na dochody podatkowe wyniesie około 100 mld zł. Budżet straci mniej więcej tyle, ile wynosi obecny budżet NFZ!

Stopa inwestycji w Polsce przez wiele lat była niższa od średniej dla regionu. Ale w latach 2016-17 jeszcze się obniżyła – do poziomu nieobserwowanego w żadnym kraju regionu, a u nas od połowy lat dziewięćdziesiątych. Do jej spadku doszło w warunkach znakomitej koniunktury na świecie. Istnieje tylko jedno państwo – Hongkong, który startując z podobnego poziomu dochodu na mieszkańca co my, w ciągu ćwierćwiecza nadrobił dystans dzielący go od Zachodu, inwestując równie mało co nasz kraj. W innych państwach, które dogoniły Zachód, inwestycje były większa niż u nas obecnie najczęściej od 5 do 11% PKB, a w skrajnych przypadkach (Finlandia i Singapur) nawet o 18-33% PKB.

W przedsiębiorstwach zatrudniających od 10 do 249 osób pracuje u nas tylko 17% pracowników. Dla porównania w Szwecji jest to 27%, w Austrii 28%, a w Niemczech 29%. W żadnym kraju UE ten sektor nie jest tak mały jak u nas. Co gorsza, w Polsce się on kurczy. Liczba pracujących spadla w nim w latach 2016-17 o prawie 3%. Tymczasem, wydajność pracy jest w nim o prawie 40% wyższa niż w mikroprzedsiębiorstwach, które dominują w naszej gospodarce. Ta różnica w wydajności pracy w dużym stopniu wynika ze znacząco wyższych inwestycji na pracującego w tym sektorze. Są one tam przeciętnie prawie dwuipółkrotnie wyższe niż w mikro-firmach.

Według MFW produktywność polskich firm mogłaby być o prawie jedną dziesiątą wyższa, gdyby przedsiębiorstwa kontrolowane przez Skarb Państwa działały jak firmy prywatne. Ale nie działają. Zamiast rachunku ekonomicznego króluje w nich polityka i partyjne marnotrawstwo. W niektórych z nich za obecnych rządów prezesi zmienili się 8 razy. Przeciętnie zmieniają się co roku. Niszczenie wartości jest szczególnie widoczne w spółkach energetycznych. W ciągu trzech lat wyparowała z nich ponad połowa wartości. Jednocześnie ich zadłużenie zwiększyło się o ponad połowę. Z całego sektora spółek z udziałem Skarbu Państwa wyparowało w czasie tych rządów, według szacunków FOR, 75 mld zł wartości!

Władza żadnego z tych wyzwań nie dostrzega. Nie pozwala jej na to zupełnie fałszywe postrzeganie własnych dokonań. Utrzymuje ona na przykład, że „od 2016 roku Polska jest jednym z europejskich liderów ponownego (nowoczesnego) uprzemysłowienia”, mimo że pod jej rządami udział przetwórstwa przemysłowego w tworzeniu wartości dodanej w gospodarce się obniżył. W ub. roku był o ponad 2% niższy niż w 2015 roku. To w wolnej Polsce siłą napędową wzrostu gospodarki było uprzemysłowienie. Wartość dodana w przemyśle przetwórczym na mieszkańca realnie zwiększyła się prawie pięciokrotnie. Jej wzrost przebiegał po ścieżce wyznaczonej wcześniej przez Koreę Południową.

Władza twierdzi też, że jej rządy „to także widoczny postęp w obszarze inwestycji prywatnych”. Tymczasem, udział inwestycji prywatnych w ub.r. w PKB obniżył się do najniższego poziomu od ćwierćwiecza. Według prognoz Komisji Europejskiej zarówno w br., jak i w przyszłym pozostanie on na poziomie niewidzianym od 1993 roku.

Władza przekonuje również, że „w pełni doceniając znaczenie środków europejskich (…), postawiono w nieporównanie większym niż poprzednio wymiarze na przedsięwzięcia własne”. Ale to w latach 2008-15 inwestycje publiczne były wyższe niż za jej rządów. Wyniosły średnio 4,9% PKB wobec 4,1% PKB za tej władzy.

Wreszcie obstaje przy tym, że „troszczy się, by rozwój i inwestycje dotarły do wszystkich i wszędzie”. Jednak udział 5 najbiedniejszych województw w PKB spadł z 15,0% w 2015 r. do 14,8% w 2017 r. To, co straciły te województwa, przechwycił region stołeczny, którego udział w PKB wzrósł z 16,9 do 17,2%.

Mając fałszywy obraz własnych rządów, władza ogłasza beztroski „program kontynuacji”. Za wyzwanie przyjmuje „dążenia do poprawy statusu materialnego Polaków, do podniesienia poziomu i jakości życia”. Skądinąd przy kontynuowaniu jej dotychczasowej polityki „poprawa statusu materialnego Polaków” rzeczywiście stanie się wyzwaniem.

Główny projekt opozycji to „Niższe podatki, wyższa płaca”. Szerzej pisałem o nim w komentarzach z 8 września i 11 stycznia. Podniesie on zarobki wszystkich pracowników (i tych, którzy otrzymują płacę minimalną, i tych, którzy dobrze zarabiają), ale nie kosztem pracodawców: ich konkurencyjności wobec zagranicy i szans na rozwój. Płace na rękę wzrosną dzięki obniżce PIT i składek na ZUS. PIT i ZUS wyniosą łącznie maksymalnie 35% kosztów pracy, a nie jak dzisiaj ponad 40%. Zachowany (i obniżony) zostanie limit składek na ZUS, który ta władza chce zlikwidować. Opozycja wzoruje się tu na takich krajach jak Norwegia, czy Szwajcaria. Dzięki temu będzie więcej dobrych miejsc pracy, które ta władza wypycha za granicę lub w samozatrudnienie. W przyszłości natomiast nie będzie kominów emerytalnych. Ci, którzy zarabiają mniej niż dwukrotność płacy minimalnej, dostaną dodatkowo premię za aktywność. Do ich portfeli może trafić dodatkowo nawet 600 zł. Dochód na rękę osób otrzymujących płacę minimalną będzie taki, jakby w ogóle byli zwolnieni z PIT i ZUS. Polska, z kraju, w którym opodatkowanie i oskładkowanie niskich płac jest 3 najwyższe w Europie, przeskoczy do trójki krajów, w których jest ono najniższe (znajdzie się w niej wraz z Irlandią i Szwajcarią).

Poza istotnym zwiększeniem zarobków Polaków, projekt „Niższe podatki, wyższa płaca” przyniesie też inne korzyści. Zmniejszą się rozpiętości dochodowe: między mężczyznami a kobietami, między starszymi a młodymi, między sektorem prywatnym a budżetówką, czy między dużymi miastami a małymi miejscowościami. Bo choć na projekcie skorzystają wszyscy pracownicy, to najbardziej ci, którzy zarabiają mało. Upowszechni się praca na etat, bo ta forma zatrudnienia stanie się podatkowo najbardziej atrakcyjna dla pracodawców. Dzisiaj tylko w Rumunii, Grecji i we Włoszech na umowie o pracę jest zatrudniony mniejszy odsetek pracujących niż u nas. Skurczy się szara strefa, bo zniknie podatkowa korzyść z płacenia pod stołem. Będzie więcej legalnego zatrudnienia, a to z kolei zachęci firmy do inwestowania. Dzisiaj często rezygnują one z inwestycji, bo nie mogą skompletować załogi do obsługi istniejących linii produkcyjnych. Inwestycje zarazem będą zwiększać zdolności wytwórcze, a nie zastępować pracę. To zaś będzie sprzyjać wzrostowi płac. Wreszcie, złagodzone zostaną dwa podstawowe źródła biedy: brak pracy i drożyzna. Szczególnie silne podniesienie niskich zarobków, ale bez wzrostu kosztów pracy, zwiększy zatrudnienie, a osłabi presję inflację. O innych projektach opozycji mających podnieść opłacalność pracy pisałem w komentarzu z 9 sierpnia br.

Także główna obietnica władzy dotyczy zarobków. Ale ma ona ofertę tylko dla tych, którzy zarabiają najmniej, a zapłacić za nią mają pracodawcy. Obiecuje, że podniesie płacę minimalną z 2 tys. 250 zł w br. do 3 tys. zł w 2021 roku i 4 tys. w 2023 roku. W efekcie, płaca minimalna wzrośnie z 46 do 65% przeciętnego wynagrodzenia (prognozowanego przez Ministerstwo Finansów). Tym samym prześcigniemy Albanię, w której płaca minimalna wynosi 56% przeciętnego wynagrodzenia i jest najwyższa w Europie.

Władza zdecydowała się oprzeć swoją kampanię wyborczą na tej obietnicy, mimo że jej wewnętrzne analizy przygotowane w Ministerstwie Finansów wskazują, że tej skali podwyżka będzie eksperymentem niemającym precedensu w żadnym kraju, a jej skutkiem będą: wzrost cen, zwolnienia i rozrost zatrudniania na czarno. Ignoruje doświadczenia Orbanowskich Węgier, w których firmy przerzuciły na klientów 3/4 kosztów silnej podwyżki płacy minimalnej i zwolniły 1/10 pracowników, których wcześniejsze zarobki były niższe od nowej płacy minimalnej. Pociąga ją sukces lewicowego prezydenta Korei Południowej, którego podobna obietnica wyniosła na urząd. Nie przejmuje się tym, że w Korei skończyło się to wyhamowaniem wzrostu gospodarki i przeprosinami prezydenta.

Drugim filarem programu gospodarczego opozycji jest wsparcie inwestycji i wzrostu firm. Szerzej na ten temat pisałem przed dwoma tygodniami. Opozycja zapowiada, że wzorem Estonii, zwolni z opodatkowania zyski, które zostaną w przedsiębiorstwach i będą służyć ich rozwojowi. Z kolei zyski trafiające do właścicieli będą opodatkowane tym niższą stawką, im bardziej wzrost firmy przewyższy wzrost całej gospodarki. Taka formułą oznacza, że za pierwszy rok działania firma w ogóle nie zapłaci podatku (o ile w następnych latach nadal będzie się rozwijać).

Opozycja obiecuje obniżyć ZUS przedsiębiorcom na działalności gospodarczej. Podstawą wymiaru składek ZUS nie będzie arbitralne 60% średniej krajowej prognozowanej przez rząd, lecz płaca minimalna. Dzięki temu przedsiębiorcy będą mieli zapewnione zabezpieczenie społeczne na minimalnym poziomie, jaki zagwarantowałaby im praca u kogoś, a jednocześnie płacony przez nich ZUS spadnie o ponad 2,5 tys. zł w skali roku, czyli mniej więcej o tyle, o ile już wzrósł za tych rządów.

Opozycja chce też wesprzeć rzemieślników i mikro-przedsiębiorców, którzy nie mogą zwiększać skali działalności, a wykonują bardzo potrzebne prace. Zapowiada uproszczenie karty podatkowej i ryczałtu od przychodów ewidencjonowanych. Ciężary nakładane na rzemieślników przestaną rosnąć wraz z wielkością miejscowości. Obniżone zostaną te stawki ryczałtu, których przedsiębiorcom nie opłacało się dotychczas stosować.

Odpowiedzią władzy na te propozycje jest pięciopunktowy „Pakt dla przedsiębiorców”. Po pierwsze, obiecuje ona ulgę w ZUS w wysokości 500 zł dla przedsiębiorców o przychodach poniżej 10 tys. miesięcznie i dochodach do 6 tys. miesięcznie. Zamierza więc wprowadzić do systemu składkowego kolejne arbitralne parametry, co jeszcze bardziej go skomplikuje, choć na stole leży prosta i sprawiedliwa propozycja opozycji przyjęcia płacy minimalnej za podstawę wymiaru składek ZUS.

Po drugie, władza deklaruje, że dla pozostałych przedsiębiorców zachowa ryczałtowy ZUS. Ta deklaracja to sukces presji, którą wywarła na władzę opinia publiczna zaalarmowana przez opozycję. Jeszcze na początku września premier zapowiadał uzależnienie ZUS od dochodów przedsiębiorców, co wydrenowałoby z ich kieszeni ok. 40 mld, czyli średnio po 18 tys. zł. Ale jaka jest wiarygodność tej nowej deklaracji, skoro w tym samym czasie już drugi raz rządzący podchodzą do likwidacji limitu 30-krotności. Teraz dobierają się do dobrze zarabiających pracowników. Po wyborach, jeśli nie stracą władzy, zapewne wrócą do pomysłu drenażu przedsiębiorców.

Po trzecie, władza obiecuje podnieść limit przychodów docelowo do 2 mln euro uprawniających do korzystania z ryczałtu od przychodów ewidencjonowanych. Tyle, że to pusta obietnica. Ryczałt od przychodów ewidencjonowanych jest rozwiązaniem, z którego opłaca się korzystać małym przedsiębiorcom. Nie limit przychodów, a stawki ryczałtu, z których wiele nie ma praktycznego znaczenia, są głównym problemem. Tylko opozycja ma odpowiedź na ten problem.

Po czwarte, władza zapowiada podniesienie limitu przychodów do 2 mln euro uprawniających do korzystania z 9% CIT. Jest to gorsze rozwiązanie od tych przygotowanych przez opozycję. Opozycja adresuje własne zmiany w CIT do wszystkich firm bez względu na ich wielkość. Chce wspierać ich rozwój – niezależnie od tego, czy są małe, średnie, czy duże. Władza natomiast woli pic. Wyłącza z obniżonego CIT te firmy, które głównie go płacą.

Po piąte, deklaruje przeznaczyć ponad 1 mld zł na wsparcie dla inwestycji strategicznych. Ta obietnica jest groteskowa i nie chodzi wcale o to, że władza nie precyzuje, co rozumie przez inwestycje strategiczne. Gdyby stopa inwestycji za jej rządów pozostała na poziomie z lat 2008-15, to inwestycje prywatne w latach 2016-18 byłyby wyższe od tych, jakie zrealizowano, łącznie o ponad 96 mld zł – średnio o 32 mld zł rocznie. Władza – widać – nic nie zrozumiała z kształtowania się inwestycji pod jej rządami.

Trzeci filar programu gospodarczego opozycji ma sprzyjać obniżeniu kosztów – życia i działania firm. Więcej na jego temat pisałem w komentarzu z 23 sierpnia br. Deklaruje ona usuwanie ograniczeń dla konkurencji, które mnożą obecnie rządzący. Już w ubiegłym roku przedstawiła projekty ustaw, które: zniosą zakaz handlu w niedziele (jednocześnie gwarantując wszystkim pracownikom, a nie tylko zatrudnionym w handlu, prawo do dwóch wolnych niedziel w miesiącu); odblokują handel ziemią; czy umożliwią ponowny rozwój farm wiatrowych na lądzie, które ten rząd chce całkowicie zlikwidować do 2035 roku.

Opozycja zapowiada też rozbijanie monopoli, które ta władza tworzy, co podbija ceny gazu i prądu, a za chwilę ceny paliw.

Będzie też obniżać podatki, podczas gdy rządzący niemal co miesiąc ogłaszali wprowadzenie nowych lub podwyżki istniejących. Na przykład obiecywali obniżyć akcyzę na paliwa, a wprowadzili nowy podatek: opłatę emisyjną. Jednocześnie kierowców drenują i na inne sposoby. Pod płaszczykiem podatku bankowego, czyli podatku od kredytów, wprowadzili też podatek od polis. Kupując auto na kredyt, trzeba zapłacić nowy podatek; ubezpieczając je, płaci się kolejny. Podatki te będą stopniowo wycofywane – w pierwszej kolejności podwyżka ZUS od przedsiębiorców.

Odpowiedzią władzy na te propozycje jest upieranie się przy fuzji Lotosu z Orlenem, jak również zapowiedź dalszych nacjonalizacji w sektorze bankowym. Władza utrzymuje, że „repolonizacja sektora bankowego stanowi silny bufor bezpieczeństwa dla polskiej gospodarki przed potencjalnymi turbulencjami na międzynarodowych rynkach finansowych”. Tymczasem, doświadczenia międzynarodowe pokazują, że działalność upartyjnionych banków, w tym w szczególności ich aktywność kredytowa, często służy realizacji celów politycznych, a nie ekonomicznych. Może to znacząco obniżyć efektywność inwestycji w gospodarce, a jednocześnie zwiększa ryzyko kosztownych kryzysów bankowych. Zagrożeń, które powoduje upartyjnienie banków, nie ustrzegły się nawet tak dobrze zorganizowane państwa, jak Niemcy. Złe skutki upartyjnienia banków już ujawniają się i u nas. Pekao SA od momentu przejęcia od Włochów stracił około jednej szóstej wartości, a Alior przez ostatnie półtora roku – około połowy.

Opozycja przygotowała projekt odpartyjnienia przedsiębiorstw, podczas gdy obecnie rządzący nawet nie próbują udawać, że coś w tej kwestii chcą zmienić. To czwarty filar programu gospodarczego opozycji. Szerzej opisałem go w komentarzu z 12 lipca br. Wprowadzi on do spółek z udziałem Skarbu Państwa najwyższe profesjonalne standardy. Zapewnią to trzy bezpieczniki. Po pierwsze, kwalifikacje kandydatów do zarządów i rad nadzorczych będą sprawdzane przez wybrane w przetargu firmy wyspecjalizowane w zarządzaniu kadrami. Po drugie, decydujący głos przy tworzeniu krótkiej listy kandydatów do zarządów w poszczególnych spółkach będą mieli prywatni akcjonariusze, a nie politycy. Po trzecie, co roku organizacje pozarządowe będą oceniać przestrzeganie zasad apolitycznej rekrutacji.

Oddzielenie polityki od zarządzania spółkami z udziałem Skarbu Państwa będzie tworzyć ich wartość. Będzie ona przekazywana obywatelom – głównie przyszłym emerytom. Opozycja chce na trwałe upowszechnić własność, a to wymaga, żeby większość Polaków miała oszczędności emerytalne. Mają temu służyć następujące rozwiązania. Po pierwsze, każdy kto wyrazi taką chęć, będzie mógł zamienić subkonto w ZUS na akcje spółek z udziałem Skarbu Państwa, które trafią na jego prywatne konto emerytalne. Oszczędności w OFE zyskają prywatny charakter, ale bez haraczu, który chce z tych oszczędności ściągnąć obecna władza. Zarazem ZUS nie przejmie całości składki emerytalnej Polaków, co chcą zrobić rządzący; jej część będzie oszczędzana i będzie powiększać prywatne oszczędności emerytalne Polaków. Po drugie, opozycja będzie nagradzać wieloletnią pracę premią emerytalną. Każdy, kto przepracował lub przepracuje 40 lat, otrzyma akcje o wartości 10 tys. Za 45 lat pracy premia ta wyniesie 15 tys., a za 50 lat pracy 20 tys.

Piątym filarem programu gospodarczego opozycji jest przywrócenie praworządności. Więcej na ten temat pisałem w komentarzu z 26 lipca br. Ten filar ma radykalnie ograniczyć ryzyko inwestowania w naszym kraju. Prawo stanie się jednakowe dla wszystkich, łatwe do zrozumienia, stabilne i znane obywatelom. Polska przestanie być krajem o najbardziej chwiejnym i nieprzewidywalnym prawie, które co gorsza obowiązuje tylko tych, którzy nie mają dojść do władzy. Do 2025 roku nasz kraj znajdzie się wśród 15 krajów Unii Europejskiej, w których prawo jest najbardziej stabilne.

W celu powstrzymania regulacyjnego tsunami opozycja wprowadzi zasadę „2 za 1”: przyjęcie każdej ustawy, nakładającej nowy obowiązek biurokratyczny na przedsiębiorców, będzie możliwe tylko wtedy, gdy usunięte zostaną dwa istniejące ograniczenia. Wprowadzony zostanie również regularny przegląd ustaw pod kątem realizacji celów zakładanych przy ich uchwalaniu. Ustawy, które nie realizują zakładanych celów, będą uchylane. Przyjęty zostanie też nowy bardziej wymagający mechanizm oceny skutków przyjmowanego prawa. Wreszcie, wszystkie złożone zmiany prawa będą miały co do zasady co najmniej półroczny okres vacatio legis, a zmiany porządkowe – 2 miesiące.

I na ten filar władza nie ma właściwie żadnej odpowiedzi. Nie może mieć, skoro depcze praworządność. Zapowiada jedynie „wprowadzenia ograniczenia przyrostu przepisów poprzez zastosowanie zasady „jeden za jeden” (One In One Out)”. Ale jaka jest wiarygodność takiej zapowiedzi w przypadku władzy, która w pierwszym roku swych rządów ustanowiła rekord wszechczasów w produkcji prawa. Wprowadziła blisko 32 tys. stron nowych ustaw i rozporządzeń, najwięcej od odzyskania niepodległości w 1918 roku. W ub. roku produkcja prawa ogółem przyhamowała, ale przyspieszyła w obszarze podatków. Tu obecnie rządzący znowu ustanowili rekord. Jedna trzecia objętości ustaw podatkowych powstała w zeszłym roku. Przy utrzymaniu takiego tempa produkcji ustaw podatkowych jak w drugiej połowie ubiegłego roku, ustawy te zmieniałyby się w całości co dwa lata.

Już za nieco ponad tydzień okaże się, który kierunek: na zachód, czy na wschód obierze nasz kraj na najbliższe cztery lata. Jeśli nadal będzie maszerować na wschód, to dobrobytu nie zbuduje. Nie będzie nawet tych świadczeń, które obecnie rządzący wprowadzili, bo z nimi u władzy beztroska konsumpcja na kredyt w tłustych latach skończy się twardym lądowaniem, kiedy dobra koniunktura na świecie się skończy i przyjdą chude lata. Obecna władza to nie jest dobra zmiana, zwłaszcza na trudne czasy. To opozycja, i tylko ona, daje szansę na gospodarczy sukces Polski. Oby dostatecznie dużo wyborców to dostrzegło, zanim popadniemy w gospodarcze kłopoty.


ANDRZEJ RZOŃCA

© ANDRZEJ RZOŃCA 2020