• @andrzej_rzonca

Kilka faktów nt. finansów publicznych, czyli jak to było ze 100 mld deficytu


Premier Morawiecki w kampanii chwalił się stanem budżetu i wzywał mnie, żebym wytłumaczył się ze swojej rzekomej prognozy z 2016 roku gigantycznej dziury finansowej w 2018 roku. Widać nie przeczytał tego, co wówczas napisałem, albo świadomie wprowadzał opinię publiczną w błąd. Nie był w tym odosobniony. Tzw. telewizja publiczna wyemitowała dziesiątki razy materiał, w którym stawiała mi podobny zarzut.

W komentarzu z lipca 2016 roku odwoływałem się do prognoz rządu, a nie moich, i pisałem: „Jeśli ministerstwo nie będzie miało szczęścia i wzrost okaże się słabszy od jego przewidywań, nie uda się uszczelnić systemu podatkowego, a PiS obniży wiek emerytalny i rozpocznie podwyższanie kwoty wolnej od PIT, to dziura w finansach publicznych w 2018 roku urośnie z planowanych 42 mld zł do ponad 90 mld i to przy wątpliwym założeniu, że taki jej wzrost nie podbije kosztów obsługi długu publicznego”. Wyraźnie zaznaczyłem, że „urzędowy optymizm Ministerstwa Finansów nie oznacza, że jego prognozy nie mogą się spełnić”. Ale podkreślałem, że „finanse publiczne, jak armia, powinny być przygotowane na złe czasy, a nie na dobre” (cały komentarz jest dostępny na mojej stronie; zachęcam do zapoznania się z nim).

Wzrost polskiej gospodarki w latach 2016-18 okazał się szybszy o 0,5 pkt proc. od przewidywań Ministerstwa Finansów i o 1 pkt proc. od prognoz analityków rynkowych. Tym samym, zamiast ubytku w dochodach publicznych w porównaniu do prognozy Ministerstwa Finansów w wysokości 12 mld zł, który powstałby, gdyby zrealizowały się prognozy analityków rynkowych, pojawił się dodatkowy strumień tych dochodów na podobną kwotę. Szybszy wzrost ułatwił zrealizować założone dochody z uszczelnienia. Jakkolwiek okazały się one niższe od górnej granicy prognoz ministerstwa (27 mld), to były wyraźnie wyższe od dolnej granicy jego planów (12 mld) (o czym piszę w dalszej części tego komentarza). Wreszcie, władza nie spełniła swojej obietnicy podniesienia kwoty wolnej od PIT, która według szacunków ministerstwa kosztowałaby budżet 18 mld zł. Zamiast podniesienia kwoty wolnej wprowadziła kilkadziesiąt nowych podatków i quasi podatków (lub podwyżek istniejących), których nie zapowiadała w 2016 roku.

Wyraźnie lepszy stan finansów publicznych w ub. r. od prognoz Ministerstwa finansów był więc wypadkową przede wszystkim trzech rzeczy: lepszej koniunktury gospodarczej, niespełnienia części wyborczych obietnic i dokręcenia podatkowej śruby. To nie ja więc, a premier Morawiecki powinien się tłumaczyć. Poniżej przypominam kilka niewygodnych dla niego faktów nt. finansów publicznych – z uwzględnieniem także br.

Według prognoz Komisji Europejskiej 14 krajów Unii Europejskiej będzie miało nadwyżkę w finansach publicznych w tym roku, w tym nawet Grecja. Polska natomiast będzie w szóstce krajów o największym deficycie, czyli wydatkach państwa nie mających pokrycia w jego dochodach. W przyszłym roku nie będzie dużo lepiej: 12 krajów ma mieć nadwyżkę, a Polska ma znaleźć się w siódemce krajów o największym deficycie.

Zapobiegliwe rządy wykorzystują okres doskonałej koniunktury na świecie, żeby zgromadzić oszczędności na chude lata, które prędzej, czy później nadejdą, bo taka jest natura koniunktury (od czasów biblijnych po tłustych latach następują lata chude). Z 8 krajów UE, które w 2015 roku miały wyższy deficyt niż Polska, tylko 2: Francja i Hiszpania ograniczyły go słabiej niż my. Rząd premiera Morawieckiego, zamiast – jak większość innych rządów – zabezpieczyć nas przed pogorszeniem koniunktury, beztrosko zadłuża nasz kraj.

Za rządów obecnej opozycji Polska była w trójce krajów, w której dług przyrósł najsłabiej, a były to czasy dwóch najpotężniejszych kryzysów w gospodarce światowej od lat 30-tych XX wieku (jeśli doliczyć do długu obligacje przeniesione z OFE do ZUS, wciąż byliśmy w pierwszej dziesiątce najwolniej zadłużających się krajów). Teraz spadliśmy do trzeciej dziesiątki. Dług publiczny przekroczył bilion złotych i zbliża się do 28 tys. zł na obywatela – od noworodka po staruszka. A ostatnie lata były okresem wyśmienitej koniunktury na świecie. Co gorsza, rząd w projekcie ustawy budżetowej na przyszły rok przewiduje, że wzrost długu publicznego przyspieszy (mimo że sam projekt nie uwzględnia części obietnic wyborczych władzy, w tym w szczególności trzynastej emerytury). Wzrost dotyczy także długu Skarbu Państwa bezpośrednio związanego z budżetem państwa, który rzekomo ma być zrównoważony. Wiceminister finansów w rządzie premiera Morawieckiego słusznie (aczkolwiek eufemistycznie) nazywa taką równowagę budżetową „iluzją księgową”.

Premier Morawiecki zadłuża Polskę, mimo że cztery źródła zasilają budżet szerokim strumieniem pieniędzy. W sumie dochody budżetu w br. mają być o ponad 100 mld zł większe niż w 2015 r., ostatnim roku rządów obecnej opozycji. Z tych dodatkowych dochodów: (1) ok. 15 mld zł pochodzi z nowych podatków i podwyżek istniejących; (2) ok. 17 mld zł to skutek wzrostu cen; (3) ok. 20 mld zł to rezultat uszczelnienia poboru VAT; (4) najwięcej, bo ok 50 mld to efekt wzrostu gospodarki napędzanego znakomitą koniunkturą na świecie. Z tej ostatniej kwoty ok. 9 mld zł można przypisać wzrostowi gospodarczemu szybszemu od potencjału, a 41 mld zł wzrostowi PKB potencjalnego. Z kolei z tych 41 mld zł ok. 4 do 8 mld zł zawdzięczamy napływowi Ukraińców do Polski. Nacjonalistyczna ideologia nie przeszkadza rządowi czerpać miliardów z imigracji!

Dodatkowo budżet korzysta także na trzech innych zjawiskach. Po pierwsze, wzrost gospodarki zasila dodatkowymi wpływami nie tylko budżet, ale też sektor ubezpieczeń społecznych, co zmniejsza jego deficyt pokrywany dotacjami z budżetu państwa. Te dodatkowe wpływy do sektora ubezpieczeń społecznych, wynikające ze wzrostu gospodarki, można szacować na około 40 mld zł. Po drugie, na świecie utrzymują się rekordowo niskie stopy procentowe. Dzięki temu, mimo wzrostu długu publiczne o prawie 130 mld w latach 2015-19, koszty jego obsługi spadły. Gdyby rosły w takim samym tempie co dług publiczny, w br. byłyby o ponad 4 mld zł wyższe. Po trzecie, nie tylko Polska, ale i inne kraje mają problemy z wykorzystaniem funduszy UE. W rezultacie, budżet oszczędzał nie tylko na współfinansowaniu projektów realizowanych z funduszy unijnych, ale i na składce do budżetu UE.

Z czterech głównych źródeł dodatkowych dochodów budżetu dwa pierwsze rzeczywiście zapewniła obecna władza. Gdyby rządziła dzisiejsza opozycja, to do budżetu nie wpłynęłoby ponad 30 mld zł. Ale zostałyby one w kieszeniach obywateli. Nie byłoby bowiem podwyżek podatków, ani podbijania cen przez te podatki, różne opłaty (i VAT od tych opłat), ograniczanie konkurencji i wzmacnianie monopoli kosztem klientów, czyli przez to, co jest rdzeniem polityki gospodarczej obecnej władzy. Za rządów dzisiejszej opozycji, mimo że przypadły one na czas kryzysów na świecie, weszły w życie największe obniżki podatków: obniżka PIT z 19, 30 i 40% do 18 i 32%, ulgi na dzieci, redukcja składki rentowej. Przeważyły one nad podwyżką VAT-u z 22 do 23%, który skądinąd miał powrócić do 22% w 2017 r., ale obecna władza już dwukrotnie cofnęła tę obniżkę.

Na marginesie, w przyszłym roku premier Morawiecki planuje wprowadzić kolejne podatki, które – jak można wyczytać z Aktualizacji Programu Konwergencji – wydrenują z kieszeni obywateli dalsze 25 mld zł. Zapłacą je praktycznie wszyscy: przyszli emeryci, przedsiębiorcy, samozatrudnieni, twórcy, dobrze zarabiający, konsumenci, kupujący alkohol lub papierosy.

Władza zaniedbuje natomiast dochody z dywidend. W br. będą one prawie dwuipółkrotnie niższe niż w 2015 roku, kiedy rządziła dzisiejsza opozycja, a w przyszłym roku mają jeszcze spaść o połowę. Bo spółki z udziałem Skarbu Państwa, zamiast zasilać budżet, są drenowane przez partyjnych nominatów. Gdyby efekty zarządzania nimi odpowiadały średniej dla spółek prawa handlowego, to do budżetu z dywidend trafiłoby w br. prawie 9 mld zł, czyli o blisko 6 mld zł więcej niż założono. To prawie tyle samo, ile zostałoby w kieszeniach Polaków, gdyby władza nie wycofała powrotu VAT do 22%, który uchwaliła dzisiejsza opozycja.

Trzecie źródło dodatkowych dochodów budżetu, czyli uszczelnienie w większości jest efektem działań, które przygotowała opozycja. Nawet Ministerstwo Finansów przyznaje w ubiegłorocznym Sprawozdaniu z wykonania budżetu, że najwięcej dochodów przyniósł budżetowi Jednolity Plik Kontrolny. Jego wprowadzenie uchwalił poprzedni parlament, a obecna władza wstrzymała się od głosu. Jakkolwiek trzeba zastrzec, że kiedy w kończącej się właśnie kadencji parlamentu władza rozszerzała JPK, to opozycja wstrzymała się od głosu.

Wreszcie, jeśli chodzi o czwarte – najważniejsze – źródło dodatkowych dochodów budżetu, to władza nie ma najmniejszego wpływu na koniunkturę na świecie, zaś krajowe mechanizmy wzrostu osłabia, chociażby podcinając udział inwestycji w PKB do najniższego poziomu od ćwierćwiecza oraz wypychając dużą część obywateli z rynku pracy w bierność zawodową. Dowodem na to, że szybki wzrost gospodarki za tej władzy wynikał ze znakomitej koniunktury na świecie, a nie ze wzmocnienia krajowych mechanizmów wzrostu jest słabość kursu złotego. Gdyby źródłem szybkiego wzrostu było wzmocnienie fundamentów polskiej gospodarki, złoty by się umocnił. Skądinąd samo odreagowanie inwestorów po dwóch kryzysach powinno doprowadzić do jego umocnienia. Tymczasem, jest on równie słaby (a nawet słabszy) niż w 2015 roku.

Władza nie wydaje ani pieniędzy, które pożycza, ani dodatkowych dochodów na to, co służyłoby rozwojowi, czyli na cele, na które nie szczędziła dzisiejsza opozycja, choć rządziła w czasach dwóch potężnych kryzysów na świecie.

Po pierwsze, mniej inwestuje. Inwestycje publiczne w latach 2016-19 były przeciętnie o prawie 1% PKB niższe niż w latach 2008-15. Na przykład, od początku 2016 do połowy br. nie oddano do użytku ani jednego km autostrad. Gdyby władza wydawała na drogi krajowe taki sam odsetek PKB, co rząd dzisiejszej opozycji, to w latach 2016-2019 wydatki na nie wyniosłyby prawie 90 mld zł, a więc byłyby o ponad 18 mld zł (26%) większe niż planuje, w tym w br. wyniosłyby 25 mld, tj. o 6 mld zł (27%) więcej niż przewidziała w budżecie.

Po drugie, władza skąpi na edukację. Pensje w edukacji, które dzisiejsza opozycja podniosła ponad średnią krajową, teraz spadły poniżej tej średniej – do poziomów sprzed wysiłku włożonego w ich podwyższenie. Gdyby rząd premiera Morawieckiego wydawał na szkoły taki sam odsetek PKB, co dzisiejsza opozycja (w 2015 r.), to w br. wydatki na nie wyniosłyby ponad 55 mld zł, tzn. byłyby o ponad 7 mld zł (15%) większe niż zaplonowano w budżecie.

Po trzecie, władza zaniedbuje bezpieczeństwo obywateli. Liczba wakatów w policji prawie się podwoiła i zbliża się do 6 tys.

Po czwarte, władza zahamowała modernizację polskiej armii. Gdyby przeznaczała na jej modernizację taki sam odsetek PKB, co dzisiejsza opozycja (w 2015 r.), to w br. wydatki na nią wyniosłyby blisko 12 mld zł, a więc byłyby o prawie 4 mld (33%) większe. Jednocześnie nie marnowałaby ich na cele niezwiązane z obronnością: na samoloty dla VIP, powiatowe strzelnice, ławeczki niepodległości itp.

Władza nie potrafiła porządnie wprowadzić nawet tego, czym się stale chwali, tzn. 500 plus. W zeszłym roku wzrosło skrajne ubóstwo w Polsce, zwłaszcza na wsi i wśród rolników. Spadło ono tylko tam, gdzie jest najwięcej pracy, tzn. w dużych miastach. Opozycja ostrzegała, że wypłacanie 500 plus także tym rodzinom, w których porzuca się pracę i nikt nie pracuje, to recepta na biedę i to najgorszą, bo dziedziczoną z pokolenia na pokolenie. Ale rząd premiera Morawieckiego nie słuchał, bo najwyraźniej nie ceni pracy, ani tych obywateli, którzy ciężko pracują.

Władza natomiast znakomicie troszczy się o siebie. Nie tylko drenuje spółki z udziałem Skarbu Państwa (zob. wyżej), ale i szczodrze łoży na swój aparat. Na przykład prawie dwuipółkrotnie podniosła wydatki na kancelarię Senatu, a dwukrotnie – na kancelarię premiera, czy Krajową Radę Radiofonii i Telewizji; wydatki na IPN zwiększyła ponad nakłady na wywiad wojskowy itp. Opozycja przygotowała poprawki do tegorocznego budżetu usuwające kilkadziesiąt podobnych patologii, ale władza wszystkie je odrzuciła – poprawki, nie patologie.

Premier Morawiecki otrzymał w wyborach mandat do sprawowania władzy przez kolejne 4 lata. Z perspektywy stanu budżetu nie będą one już tak proste jak mijająca kadencja. Koniunktura gospodarcza na świecie się pogarsza, a władza nie przygotowała finansów publicznych na chude lata. Przyjdzie jej za to zapłacić rachunek. Niestety nie tylko jej.


ANDRZEJ RZOŃCA

© ANDRZEJ RZOŃCA 2020