• @andrzej_rzonca

Plan Balcerowicza – trzydzieści lat później


Piszę ten komentarz po nieco dłuższej przerwie niż 2 tygodnie od poprzedniego. Postanowiłem odwlec jego napisanie o kilka dni, żeby poświęcić go wyjątkowemu wydarzeniu. Wczoraj minęła 30-rocznica złożenia w Sejmie pakietu 10 ustaw, które zapoczątkowały realizację planu Balcerowicza budowy nowoczesnej gospodarki zapewniającej mieszkańcom szybką i systematyczną poprawę warunków życia. Z tej okazji Fundacja FOR zorganizowała konferencję dotyczącą polskiej transformacji.

Leszek Balcerowicz podkreślał, że każdy kraj bez wolności gospodarczej, czyli prywatnej własności i rynku, został skazany na zacofanie w stosunku do innych, które miały lepszy, bardziej rynkowy ustrój. Socjalistyczna Polska została daleko w tyle za Hiszpanią, mimo że w 1950 roku oba kraje miały podobny dochód na mieszkańca, Czechosłowacja – za Austrią, a Bułgaria za Grecją. Od tej reguły nie ma żadnego odstępstwa. Im większego zamachu dokonano na wolność gospodarczą, tym gorsze były wyniki gospodarcze.

Świadomość, że socjalizm jest receptą na gospodarczą klęskę, dotarła do rządzących na długo przed oddaniem władzy. „Zmierzamy twardo donikąd” – diagnozował Mieczysław Rakowski zanim objął funkcję premiera (co na konferencji przypomniał Tadeusz Syryjczyk, minister przemysłu w rządzie Tadeusza Mazowieckiego). Polska trwała w stagnacji po załamaniu z lat 1978-1982, którego skala była porównywalna z Wielkim Kryzysem z lat 30-tych. Liczył się plan i dojścia do władzy, a nie rachunek ekonomiczny. Na przykład kopalnie skutecznie broniły się przed żądaniami energetyki, aby cena węgla była obniżana za wysoką zawartość kamienia. Plan dostaw opiewał na miliony ton, a nie na wartość energetyczną urobku, więc kamień ułatwiał dopięcie planu, a że nie chciał się palić, to było zmartwienie wyłącznie energetyki. Kraj był przeżarty korupcją. Łapówki były na porządku dziennym i w relacjach między ludźmi – przy zdobywaniu dóbr codziennego użytku, np. papieru toaletowego, i w relacjach między przedsiębiorstwami – np. kopalnie musiały korumpować kolejarzy za podstawienie wagonów. O obsadzie stanowisk decydowały nie kwalifikacje, a legitymacja partyjna (jakżeż to odległe od dzisiejszej codzienności w sektorze publicznym – zażartował Jacek Fedorowicz).

Wówczas mało kto – zarówno w kraju, jak i na świecie – spodziewał się, że Polska stanie się krajem wielkiego gospodarczego sukcesu, pod względem cywilizacyjnym szybko doganiającym Zachód, szybciej niż jakikolwiek kraj naszego regionu. Marek Tatała z FOR przypomniał, że na początku transformacji większe szanse na taki sukces dawano nie tylko Węgrom, które miały powiązania z zachodnimi gospodarkami, czy Czechosłowacji – z tradycjami przemysłowymi, ale nawet Ukrainie – ze względu na jej bardziej rozbudowany przemysł i żyzne ziemie.

Polska nie tylko była bardziej zacofana niż inne kraje socjalistyczne. Pod względem dochodu na mieszkańca ustępowała nawet Bułgarii, Rumunii, czy Ukrainie; dystans dzielący ją od Węgier był zbliżony do obecnego od Niemiec, a od Czechosłowacji – nawet większy. Była również bankrutem – niezdolnym do obsługi zadłużenia zagranicznego i niepotrafiącym pokryć wszystkich wydatków budżetu inaczej niż przez druk pustego pieniądza, co doprowadziło do katastrofy pieniądza: wzrostu cen o kilkadziesiąt proc. miesięcznie i nieformalnej dolaryzacji.

Według Tadeusza Syryjczyka naszą jedyną silną stroną w porównaniu do innych krajów socjalistycznych był sektor prywatny, w którym trzeba zarobić na siebie, a nie dostaje się wypłaty za samo przyjście do pracy. U progu transformacji wytwarzał on około 30% PKB.

Emilia Skrok z Banku Światowego zwróciła uwagę, że mimo tak trudnych warunków początkowych, Polska w mniej niż 15 lat przeszła z grupy krajów o średnim dochodzie na mieszkańca do krajów o wysokim dochodzie. Prezydent Bronisław Komorowski podkreślał, że nigdy w historii Polska nie nadrabiała tak szybko cywilizacyjnego zapóźnienia wobec Zachodu, jak po 1989 roku. O ile po upadku socjalizmu mieliśmy dochód na mieszkańca na poziomie około 20% dochodu w Stanach Zjednoczonych (po skorygowaniu o różnice w poziomie cen), o tyle obecnie przekracza on połowę. Dogoniliśmy niektóre kraje Zachodu, jakkolwiek te najbiedniejsze, np. Grecję, czy Portugalię.

Wzrost był szybki, ale też inkluzywny, stabilny i zrównoważony. Nierówności dochodowe ustabilizowały się w połowie lat dziewięćdziesiątych, a od wejścia do Unii Europejskiej maleją i są mniejsze niż przeciętnie w krajach OECD. Odsetek ankietowanych osób, którzy twierdzą, że dobrze im się żyje, wzrósł z 10% do 70%. Polska jest jednym z dwóch, obok Australii, krajem, którego gospodarka od 1991 nieprzerwanie rośnie. Było to możliwe tylko dzięki temu, że rozsądna polityka makroekonomiczna zabezpieczała ją przed boomami (po których zawsze przychodzi załamanie), a zarazem napędzał ją rozwój wielu, a nie pojedynczych sektorów.

Aleksander Łaszek zwracał uwagę, że ta sama liczba pracujących co w 1990 roku wytwarza teraz około dwuipółkrotnie więcej dóbr niż wtedy, zużywając mniej surowców i emitując mniej zanieczyszczeń. Transformacja była dobrodziejstwem nie tylko dla polskiej gospodarki, ale i środowiska. Sukces zawdzięczamy sektorowi prywatnemu, który w ciągu 30 lat urósł siedmiokrotnie i wytwarza 70% PKB.

Beata Javorcik, główna ekonomistka Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju, przypomniała rolę bezpośrednich inwestycji zagranicznych w tym sukcesie. Polska bardzo na nich skorzystała. Ich efektem były wyższe: wydajność, płace, zatrudnienie, inwestycje i eksport. Stanowiły one ważne źródło transferu wiedzy i technologii do polskiej gospodarki. Transfer ten był nie jednorazowy, a systematyczny. Zasilał nie tylko filie firm zagranicznych, ale i firmy lokalne, zarówno kooperujące, jak i konkurujące z zagranicznymi. Mechanizmem, który go zapewniał był, np. przepływ pracowników.

Prezydent Komorowski podkreślał, że wielki sukces gospodarczy naszego kraju jest rezultatem wolnorynkowych reform. Nie powinniśmy ich oskarżać o opłakane skutki socjalizmu. Wskazywał, że nie ma w Polsce nie tylko środowiska (co wyróżnia nas na tle innych krajów posocjalistycznych), ale nawet gminy, która by nie skorzystała na transformacji.

Wadim Tyszkiewicz przedstawił prawdziwą historię Nowej Soli po 1989 roku, czyli miasta, które Beata Szydło w kampanii wyborczej w 2015 roku bezwstydnie pokazywała jako przykład „Polski w ruinie”. Rzeczywiście, boleśnie odczuło ono upadek nierentownych socjalistycznych zakładów, które zatrudniały tysiące osób, ale niewiele wytwarzały, a w dodatku to, co produkowały, nie odpowiadało klientom (np. fabryka „Odra” zatrudniała 4 tys. kobiet do produkcji nici). Odniosło jednak sukces, dzięki uwolnieniu ducha przedsiębiorczości. Nowosolanie masowo zaczęli produkować krasnale ogrodowe, które chętnie kupowali sąsiedzi z Zachodu. W szczytowym momencie zajmowało się tym 400 firm. Poza tym, zbudowano wiele nowych fabryk, których łączna powierzchnia przekracza 200 hektarów. Beata Szydło ich nie zauważyła.

Jurek Owsiak przypomniał historię Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, która rozwijała się wraz z wolną Polską. Zachęcał krytyków planu Balcerowicza, żeby wskazali choć jeden kraj posocjalistyczny, który przez ostatnie 30 lat osiągnął tyle co nasz. Podkreślał, że do dziś odcinamy kupony od tego, co zrobiono na początku transformacji.

Tadeusz Syryjczyk zwracał uwagę, że wyborowi właściwego kierunku reform sprzyjała atmosfera intelektualna. Mówił: „na szczęście wtedy na Zachodzie dominował nurt liberalny, Ronald Reagan i Margaret Thatcher nie przepraszali za kapitalizm, a my nie błąkaliśmy po trzecich drogach”. Przywołał też anegdotę o reakcji Nikołaja Ryżkowa, premiera ZSRR, na informacje o terapii szokowej w Polsce. Miał on stwierdzić: „u nas też jest szok, tyle że bez terapii”.

Emilia Skrok akcentowała, że reformy w naszym kraju były wczesne, szybkie, szerokie (tj. obejmujące budowę instytucji, w tym rządów prawa) i konsekwentne.

Ryszard Wojtkowski, dyrektor gabinetu czterech kolejnych premierów w latach 1985-1991, wyjaśniał porażkę reform podejmowanych przez premierów Messnera i Rakowskiego. Wiązał ją z tym, że reformy te były nieśmiałe i cząstkowe. To z kolei było skutkiem całkowitego uzależnienia premierów od partii, podobnego to dzisiejszego podporządkowania premiera Morawieckiego prezesowi, oraz braku wizji całościowej przebudowy i naprawy państwa. Tę miał dopiero Leszek Balcerowicz. Polskiego sukcesu jednak by nie było, gdyby w późniejszych latach nie kontynuowano wolnorynkowych reform, a je odwrócono.

Jakub Karnowski przypomniał kulisy prac nad drugim planem Balcerowicza, czyli pakietem reform zrealizowanych w latach 1997-2000 przez rząd AWS-Unia Wolności. Przygotowano go zanim jeszcze koalicja przejęła władzę. Koalicyjny rząd wprowadziła reformę finansów publicznych, samorządową, emerytalną, ochrony zdrowia i górnictwa. Rozpoczął zasadniczą fazę legislacyjnego przygotowania naszego kraju do członkostwa w Unii Europejskiej. Przyspieszył prywatyzację. Niektórych reform nie zdołał jednak przeprowadzić, w szczególności reformy podatkowej. Gdy Leszek Balcerowicz doszedł do wniosku, że wyczerpały się możliwości pozytywnego działania, Unia Wolności w czerwcu 2000 roku opuściła rząd. Najważniejsze były wówczas wartości, a nie władza.

Agnieszka Holland żałowała, że kultura nie miała nigdy równie dobrego ministra co finanse. Mówiła, że Leszek Balcerowicz stanowi ikonę trudnych przemian, przez co - w zależności od ich oceny - jest w oczach ludzi Batmanem lub Jokerem; życie z tym wymaga ogromnej siły charakteru. Wyrażała pewność, że ma on zagwarantowane wspaniałe miejsce w historii.

Aleksander Łaszek wskazywał na wyzwania przed polską gospodarką. Pomimo rozwoju sektora prywatnego nasz kraj wciąż odróżnia od innych państw OECD bardzo duży zakres własności państwowej. Wypiera ona z przedsiębiorstw racjonalność ekonomiczną i zastępuje ją kalkulacją polityczną. Innym czynnikiem znacząco powiększającym lukę rozwojową wobec Zachodu jest niska wydajność pracy w mikroprzedsiębiorstwach i rolnictwie. Prawie 60% polskiego PKB jest wytwarzane przez zaledwie 6,4 mln ludzi pracujących w firmach zatrudniających powyżej 9 pracowników i sektorze finansowym. Niechęć do inwestowania i zwiększania skali działalności gospodarczej to odpowiedź wielu przedsiębiorców na złe otoczenie: częste i nieprzewidywalne zmiany prawa, opresyjną administrację, powolne sądy, wysokie opodatkowanie umów o pracę, najbardziej widoczne w przypadku słabiej zarabiających. W poprzednich 4 latach otoczenie to się pogorszyło. OECD i Komisja Europejska prognozują, że nawet jeśli nie będą wprowadzane dalsze anty-reformy, nasz kraj nie tylko nie dogoni najzamożniejszych państw Zachodu, ale około 2040 roku zacznie ponownie tracić do nich dystans pod względem dochodu na mieszkańca.

Także Jacek Fedorowicz zwracał uwagę, że przez 30 lat wolności nie wszystko się udało. Mówił: wciąż wielu obywateli wierzy, że można wydawać więcej, niż się zarabia; że można pożyczyć i zapomnieć; że pieniądze biorą się z bankomatu.

Jakub Karnowski przypomniał słowa z inauguracyjnego wykładu Leszka Balcerowicza w SGH w 1992 roku (na którym po raz pierwszy zobaczył go „na żywo”): „Partie niezadowolenia interesuje głównie władza i każdy środek do jej osiągniecia jest dobry. Zwłaszcza granie na niezadowoleniu. Ja jednak jestem przekonany, że partie reform w Polsce, mające program pozytywny, odwołujące się do lepszej jakości motywacji ludzkiej zwyciężą, że polski marsz do wolności i do lepszej gospodarki zakończy się powodzeniem”.

Ale zwycięstwo nie przyjdzie samo. O nie „trzeba się bić”.


ANDRZEJ RZOŃCA

© ANDRZEJ RZOŃCA 2020