• @andrzej_rzonca

Znikająca praca, czyli podstawowe źródło spowolnienia


W nadchodzących latach nastąpi silne i trwałe spowolnienie wzrostu polskiej gospodarki. W rezultacie, poziom życia w naszym kraju nigdy nie zrówna się z tym z Europy Zachodniej. Tak przynajmniej wynika z wieloletnich prognoz sporządzonych przez Komisję Europejską i OECD. Przedstawiłem je w komentarzu sprzed 2 tygodni. W tym komentarzu zajmuję się czynnikiem, który najsilniej spowolni wzrost polskiej gospodarki.

Za dynamikę gospodarczą poza okresami załamań wzrostu odpowiadają siły, które występują przez dłuższy lub nawet cały czas, nazwane systematycznymi siłami wzrostu. Działają one przez zmiany w: nakładach pracy (zatrudnieniu), kapitale, którego źródłem są inwestycje, oraz produktywności, czyli produkcji uzyskiwanej z jednostki nakładów. W tym komentarzu koncentruję się na nakładach pracy. W następnym – za dwa tygodnie – zajmę się wzrostem produktywności, a w kolejnym – za cztery tygodnie – nakładami kapitału. Niemniej muszę zaznaczyć, że te trzy determinanty wzrostu mają płytki charakter. Same zależą przede wszystkim od instytucji napędowych (o których wspominałem w komentarzu sprzed 2 tygodni) oraz polityki gospodarczej kształtowanej pod ich wpływem. Instytucje te mogą tworzyć instytucjonalne bariery wzrostu, tzn. przybierać stany uniemożliwiające doganianie krajów najzamożniejszych. Usuwanie takich barier natomiast nie tylko wzmacnia systematyczne siły wzrostu, ale też może uruchomić szczególne mechanizmy wzrostu, dzięki którym jego tempo może być przejściowo wyjątkowo szybkie. Te szczególne mechanizmy wzrostu zadziałały w Polsce. Ale się wyczerpują.

Przy braku zmian w polityce gospodarczej nakłady pracy będą miały silnie negatywny wpływ na wzrost polskiej gospodarki. Według Komisji Europejskiej w latach 2020-2050 będą się one zmniejszać przeciętnie o 1,0% rocznie, w tym o 0,9% w latach 2020-2030, 0,9% w latach 2030-2040 i 1,3% w latach 2040-2050. Prognozy OECD są nieco mniej pesymistyczne – zwłaszcza w najbliższej dekadzie (jakkolwiek jest to głównie wynik oczyszczenia danych nt. liczby pracujących z efektów związanych z cyklem gospodarczym). Wynika z nich, że przeciętne roczne tempo spadku nakładów pracy w latach 2020-2050 wyniesie 0,7%, w tym 0,3% w latach 2020-2030, 0,7% w latach 2030-2040 i 1,2% w latach 2040-2050.

Takie dynamiki oznaczają, że liczba pracujących w naszym kraju zmniejszy się w ciągu następnych 30 lat o 3,2-4,4 mln osób, czyli 19,7-26,2%. W latach 2020-2030 zmniejszy się ona o 0,4-1,4 mln, w latach 2030-2040 o 1,0-1,3 mln, a w latach 2040-2050 o 1,7 mln.

Zmiany nakładów pracy można rozłożyć na dwa czynniki: zmianę odsetka pracujących w populacji w wieku produkcyjnym oraz zmianę liczby osób w wieku produkcyjnym.

Za spadek nakładów pracy w latach 2020-2050 ma odpowiadać przede wszystkim drugi czynnik, tzn. zmniejszenie liczby osób w wieku produkcyjnym. Komisja Europejska i OECD różnie definiują wiek produkcyjny. Komisja Europejska przyjmuje, że jest to przedział od 15 do 64 lat, natomiast OECD, że obejmuje on okres od 15 do 74 roku życia. Obie organizacje bazują też na różnych prognozach demograficznych. Mimo to, różnice w dynamice populacji w wieku produkcyjnym, a w efekcie w ocenie jej znaczenia dla nakładów pracy nie są bardzo duże. Komisja Europejska ocenia, że populacja w wieku produkcyjnym będzie się zmniejszać w latach 2020-2050 przeciętnie o 0,9% rocznie, w tym o 0,7% w latach 2020-2030, o 0,6% w latach 2030-2040 i o 1,3% w latach 2040-2050. Według OECD przeciętne roczne tempo jej spadku w latach 2020-2050 wyniesie 0,6%, w tym 0,4% w latach 2020-2030, 0,7% w latach 2030-2040 i 0,7% w latach 2040-2050. W sumie, populacja w wieku produkcyjnym skurczy się o 23,4% (prawie 6 mln) według Komisji Europejskiej i o 16,1% (prawie 5 mln) według OECD.

Drugi czynnik będzie odgrywał mniejszą rolę, ale także będzie działał w kierunku zmniejszenia nakładów pracy. Według Komisji Europejskiej odsetek pracujących w populacji w wieku produkcyjnym zmniejszy się z 67,3% w 2020 roku do 64,8% w 2050 roku (tj. o 3,7%) lub, jeśli przyjąć definicję wieku produkcyjnego stosowaną przez OECD, z 58,7 do 53,9% (czyli o 8,2%). Według OECD odsetek ten ma się obniżyć z 54,5 do 52,2% (tzn. o 4,3%).

Zmniejszenie odsetka pracujących w wieku produkcyjnym będzie oznaczało odwrócenie tendencji do jego wzrostu obserwowanej od 2003 roku. Obecnie znajduje się on na rekordowym poziomie (67,3%) i już tylko nieznacznie (o mniej niż 1 pkt proc.) odstaje od średniej dla Unii Europejskiej. Niemniej wciąż jest mu daleko do najwyższych poziomów zarówno w UE (Szwecja – 77,2%), jak i w regionie (Estonia – 71,4%).

Spadek odsetka pracujących w populacji w wieku produkcyjnym będzie negatywnie odróżniał nasz kraj od większości innych państw członkowskich Unii Europejskiej. Podczas gdy u nas spadnie on z 67,3% w 2020 roku do 64,8% w 2050 roku, to w Unii Europejskiej wzrośnie z 68,1% do 70,4%. Pod względem jego poziomu spadniemy z 16 na 25 miejsce w UE. Niższy niż w Polsce będzie on tylko w Rumunii, Bułgarii i Włoszech.

Spadek odsetka pracujących w populacji w wieku produkcyjnym jest związany z tym samym czynnikiem co zmniejszenie liczby osób w wieku produkcyjnym, czyli ze starzeniem się społeczeństwa. Odsetek pracujących jest kształtowany przez dwa elementy: strukturę demograficzną populacji, czyli liczebność poszczególnych grup wiekowych, oraz stopę zatrudnienia w poszczególnych grupach wiekowych. W nadchodzących latach w populacji w wieku produkcyjnym będzie rósł udział starszych grup wiekowych, w których stopa zatrudnienia jest niska. Ten czynnik przeważy nad niewielkim wzrostem aktywności zawodowej wśród osób w kwiecie wieku (0 0,6 pkt proc.) oraz wśród osób starszych (o 1,4 pkt proc.).

Polityka gospodarcza ma możliwości neutralizowania albo przynajmniej łagodzenia negatywnego wpływu zmian demograficznych zarówno na wielkość populacji w wieku produkcyjnym, jak i odsetek pracujących w tej populacji. Podstawowym narzędziem, który temu służy, jest podnoszenie wieku emerytalnego. Narzędzie to jest szeroko wykorzystywane na świecie i sprawdzone. Zadziałało także u nas. Jednak obecna władza postanowiła nie tylko je zarzucić, ale i pójść w przeciwnym kierunku niż świat, tzn. obniżyć wiek emerytalany. Polska jest jednym z czterech krajów w Unii Europejskiej, w których nie przewiduje się wzrostu przeciętnego efektywnego wieku odchodzenia z rynku pracy między 2020 a 2050 rokiem (pozostałe trzy to Luksemburg, Słowenia i Szwecja). O ile obecnie w 17 krajach UE przechodzi się na emeryturę później niż u nas, o tyle w 2050 roku takich państw będzie już 25. Tylko Słoweńcy i Luksemburczycy będą odchodzić z rynku pracy wcześniej niż Polacy. Przeciętny Europejczyk będzie przechodził na emeryturę dwa i pół roku później niż Polak. Warto dodać, że obecna władza obniżyła wiek emerytalny i nie przewiduje jego podnoszenia, mimo że oczekiwana długość życia ma w Polsce wydłużać się nawet nieco szybciej niż średnio w Unii Europejskiej, czy OECD.

Czynnikiem łagodzącym spadek nakładów pracy w naszym kraju może być poprawa wyksztalcenia polskiego społeczeństwa. Wyższe wykształcenie sprzyja wyższej aktywności zawodowej. Mające je osoby rzadziej znajdują się w sytuacjach grożących dezaktywizacją zawodową niż ludzie, którzy go nie posiadają. Te pierwsze rzadziej tracą pracę, a jeśli stają się bezrobotne, to szybciej znajdują nowe zatrudnienie. Według szacunków FOR w latach 2020-2050 odsetek osób z wyższym wykształceniem w populacji w wieku 20-69 lat wzrośnie z 29% do 40%. Prognozy zmian nakładów pracy sporządzone przez Komisję Europejską i OECD nie uwzględniają tego czynnika w dostatecznym stopniu. FOR, zakładając, że stopy zatrudnienia w grupach z danym wykształceniem w poszczególnych grupach wiekowych pozostaną na poziomie z 2017 roku (tj. sprzed spadku stopy bezrobocia poniżej poziomu naturalnego będącego konsekwencją boomu i – w efekcie – niemającego trwałego charakteru), ocenia, że liczba pracujących w latach 2020-2050 zmniejszy się o około 2,7 mln osób. Przeciętne tempo jej spadku wyniesie 0,6% (a nie 0,7-1,0%, które prognozują te organizacje).

Innym czynnikiem łagodzącym spadek nakładów pracy może być migracja. Także i on nie został w wystarczającym stopniu uwzględniony w prognozach Komisji Europejskiej i OECD, jakkolwiek jego siła jest niewiadomą. Skala powrotów Polaków z zagranicy oraz napływ migrantów z innych krajów chcących pracować w naszym kraju będzie tym większa, im bardziej zmniejszy się różnica w poziomie życia między Polską a Zachodem. Oczywiście na saldo migracji oddziałuje również wiele innych czynników, takich jak wcześniejsza diaspora, bliskość kulturowa/językowa, bariery prawne, a nawet klimat. W niektórych grupach krajów lub okresach mogą one przeważać nad determinantami ekonomicznymi. Skądinąd tak stało się i w naszym kraju w ostatnich latach. Według szacunków NBP w ciągu poprzednich 5 lat napłynęło do Polski 0,8 mln pracowników z Ukrainy. Tak silny ich napływ był skutkiem bliskości kulturowej z naszym krajem, ale też trudności gospodarczych Ukrainy, wojny z Rosją, oraz zamknięcie wyżej rozwiniętych od Polski krajów na pracowników ze Wschodu. Trzy ostatnie z wymienionych czynników są potencjalnie nietrwałe. Z upływem czasu można więc się spodziewać wzmocnienia znaczenia jakości życia jako determinanty migracji. Przy ścieżce wzrostu przewidywanej przez OECD, FOR oczekuje do 2050 roku napływu około 0,6 mln migrantów. To spowolniłoby przeciętne tempo spadku nakładów pracy w latach 2020-2050 z 0,6% poniżej 0,5% rocznie. Przy szybszym wzroście PKB na mieszkańca saldo migracji byłoby odpowiednio wyższe.

Taki pozytywny scenariusz zrealizował się w Irlandii. Kiedy w latach dziewięćdziesiątych kraj ten osiągnął około 90% dochodu na mieszkańca w Wielkiej Brytanii (po korekcie o różnicę w poziomie cen), odwróciło się saldo migracji, które w latach osiemdziesiątych było głęboko ujemne. Początkowo w imigracji przeważali Irlandczycy powracający z zagranicy, ale stopniowo wzrastał odsetek imigrantów innych narodowości.

Niewiadomą jest natomiast wpływ rewolucji informatycznej na nakłady pracy. Rewolucja ta będzie, z jednej strony, zwiększać zapotrzebowanie na pracę osób biegłych w obsłudze technologii ICT, ale z drugiej strony, wypierać prace charakteryzujące się powtarzalnością. Efekt netto tych przeciwstawnych tendencji będzie zależał od stopnia znajomości teleinformatyki w społeczeństwie.

Jeśli analizować wpływ zmian nakładów pracy na PKB na mieszkańca, to znaczenia nabierają zmiany odsetka osób pracujących w populacji. Innymi słowy, nawet jeśli spada liczba pracujących, to nakłady pracy wciąż mogą mieć pozytywny wpływ na PKB na mieszkańca, o ile spadek ten jest płytszy niż zmniejszenie liczby mieszkańców.

Na realizację tego scenariusza nie ma jednak szans w naszym kraju – zwłaszcza przy założeniu kontynuacji polityki gospodarczej obecnej władzy. Liczba mieszkańców Polski w latach 2020-2050 ma się bowiem zmniejszać – przypomnę (zob. poprzedni komentarz) – w przeciętnym tempie 0,3% rocznie, a więc dwa-trzy razy wolniej niż liczba pracujących. W rezultacie, odsetek pracujących w populacji spadnie z 44,4 do 36,2% według Komisji Europejskiej lub z 42,5 do 37,6% według OECD.

Podsumowując, przy braku zmian w polityce gospodarczej nakłady pracy będą w latach 2020-2050 obniżać dynamikę PKB na mieszkańca o co najmniej 0,3 pkt proc. Dla porównania, w poprzednich 20 latach podwyższały ją o 0,6 pkt proc. To oznacza, że ten jeden czynnik spowolni wzrost PKB na mieszkańca o co najmniej 0,9 pkt proc. Znikająca praca będzie więc podstawowym źródłem spowolnienia. W dwóch trzecich przyhamuje ona wzrost bezpośrednio, a w jednej trzeciej za pośrednictwem mniejszych inwestycji i – w efekcie – niższych nakładów kapitału. O inwestycjach napiszę w komentarzu za miesiąc. Najbliższy będzie dotyczyć wzrostu produktywności.


ANDRZEJ RZOŃCA

© ANDRZEJ RZOŃCA 2020