• @andrzej_rzonca

Priorytety na czas zarazy


Władza w ostatnich latach systematyczne podmywała fundamenty wzrostu polskiej gospodarki. Obniżyła wiek emerytalny. Nacjonalizowała (zwłaszcza banki, ale też energetykę węglową) i skrajnie upartyjniła firmy. Wprowadzała wciąż nowe podatki i komplikowała istniejące. Przyznawała szczodre zasiłki bez wymogu pracy. Zafundowała gospodarce regulacyjne tsunami. Upolityczniła wymiar sprawiedliwości – zwłaszcza prokuraturę. Centralizowała władzę. Doprowadziła do ponownego rozlewania się korupcji.

Efekty tej złej polityki były maskowane przez znakomitą sytuację gospodarczą na świecie, ale polityka ta osłabiała gospodarkę. Udział inwestycji w PKB spadł do najniższego poziomu od ćwierćwiecza. Zmniejszyła się aktywność zawodowa w niektórych grupach, np. wśród matek. Wzrost zaczął hamować na długo przed epidemią. Hamowanie to, według NBP, miało postępować z każdym kolejnym rokiem. Wyśmiewany długi okres, w którym rzekomo wszyscy mieliśmy być martwi, dopadł nas w momencie, w którym musimy zmierzyć się z epidemią koronawirusa.

Kraj nie jest przygotowany na duże wstrząsy. W 2016 roku ostrzegałem, że „finanse publiczne, jak armia, powinny być przygotowane na złe czasy, a nie na dobre”. Ale ostrzeżenia te były lekceważone (np. telewizja publiczna wyemitowała kilkadziesiąt materiałów, które je obśmiewały). Rząd zastąpił w regule wydatkowej dynamikę cen, które wtedy spadały i obniżały limit wydatkowy, celem inflacyjnym i wprowadził zasadę, że jednorazowe dochody można natychmiast wydać. W ten sposób „zmieścił” w limicie wydatkowym na 2016 rok świadczenie 500 plus bez ekwiwalentnego podniesienia podatków, a w kolejnych latach mógł szybciej ten limit podnosić. Na dodatek obchodził regułę wydatkową. Żeby móc jeszcze szybciej zwiększać wydatki, zawyżał dochody z uszczelnienia systemu podatkowego. Gdy to nie wystarczyło, wypychał dodatkowe wydatki poza budżet do utworzonych przez siebie podmiotów (w szczególności Funduszu Solidarnościowego), które nie są objęte regułą. Gdyby trzymał się reguły w wersji wprowadzonej przez poprzedników, to od 2017 roku mielibyśmy nadwyżkę w finansach publicznych na poziomie ok. 1 proc. PKB. Zamiast nadwyżki, był i jest deficyt, który wedle ustawy budżetowej miał wynieść w br., bez efektów jednorazowych, 2,2 proc. PKB. Różnica to 70 mld zł. Rozrzutność w tłustych czasach pozbawiła rząd sporej poduszki na chude lata.

Teraz będzie musiał się zmierzyć z wielką dziurą w finansach publicznych. Nawet gdyby zdołał w pełni zrealizować zaplanowane na ten rok dochody niepodatkowe (poza opłatą z tytułu przekształcenia OFE w IKE, które przy tak niskiej wycenie akcji najpewniej odwlecze), a wpływy z podatków i składek były nominalnie takie same jak w ub. r., to i tak w dochodach publicznych pojawiłaby się wyrwa w stosunku do planów w wysokości prawie 85 mld zł (3,7% PKB). Dług publiczny już w br. może przebić 50% PKB, a rok później 55% PKB, zwłaszcza gdyby ubytek w dochodach był głębszy, złoty dalej tracił na wartości (podbijając wartość w złotych zadłużenia w walucie).

Do rządu, choć skrzętnie to skrywa, zaczyna docierać, że nie przygotował finansów państwa na chude lata. Wskazuje na to ogłoszona przez niego „Tarcza antykryzysowa”. Jej koszt dla budżetu rząd wycenił na 61 mld zł (212 mld zł to pic, który teraz ma przyciągnąć uwagę, a w przyszłości zapewne służyć jako usprawiedliwienie fatalnego stanu budżetu). Od tej kwoty można jednak spokojnie odjąć 30 mld zł, które mają pójść na inwestycje publiczne. Przez 5 lat rząd nie potrafił ich realizować. Paradoksalnie, to właśnie dzięki temu Polska otrzyma teraz największy spośród wszystkich krajów członkowskich pakiet pomocy z UE na walkę z epidemią, bo pomoc ta pochodzi z niewykorzystanych przez dany kraj funduszy unijnych. Pokryje ona z naddatkiem pozostałe 31 mld kosztów budżetowych (jeśli, oczywiście, rząd zamiast ją deprecjonować, będzie potrafił z niej skorzysta).

Beztroska i odsuwanie rozwiązywania problemów nie ograniczała się do polityki makroekonomicznej. Na przykład Agencja Rezerw Materiałowych, której zadaniem jest gromadzenie zapasów i zarządzanie rezerwami strategicznymi państwa, żeby pomagać ludności i wspierać gospodarkę w sytuacjach kryzysowych, zajmowała się kupowaniem drogiego polskiego węgla, gdy zalegał on za zwałach. Ministerstwo Zdrowia dopiero 6 marca zgłosiło przystąpienie Polski do mechanizmu wspólnych zamówień medycznych w Unii Europejskiej – jako 26 kraju po 6 latach od utworzenia mechanizmu i już po rozpisaniu przetargu na zakup środków ochrony osobistej niezbędnych do walki z epidemią. Nie uczestniczymy w nim jako jeden z 7 krajów UE.

Rząd najpierw lekceważył epidemię i gromko zapewniał, że zarazie „nie oddamy ani guzika”. Minister Rozwoju, kiedy w innych krajach umierali ludzie, opowiadała banialuki, jakoby koronawirus miał być szansą dla polskiej gospodarki. Następnie pozorował działania. W telewizji publicznej pokazywano, jak rzekomo zabezpiecza kraj przed przywleczeniem wirusa z zagranicy, ale każdy, kto wówczas podróżował, np. wracał z zimowych ferii, mógł się przekonać, że jest to tylko „prawda ekranu”. Główną receptą na „uchronienie” Polski przed wirusem stało się nieprzeprowadzanie testów. Potem z zaskoczenia zamknięto szkoły, a chwilę później wiele rodzajów działalności gospodarczej i granice. Ale wciąż nie zaczęto przeprowadzać testów na masową skalę. Na dzień 13 marca w przeliczeniu na milion mieszkańców przeprowadziliśmy ich 4 razy mniej niż Czechy, 25 razy mniej niż Słowenia i 80 razy mniej niż Korea Południowa. Nawet w Armenii zrobiono ich więcej. Zamiast testów, które dałyby szanse na skuteczne izolowanie zarażonych, wypuszczono materiały w telewizji publicznej o ich rzekomej niemiarodajności, wbrew opiniom WHO.

Priorytetem rządu w czasie epidemii musi być – co oczywiste – zdrowie i życie ludzi, które zależy zarówno od ich zachowań, jak i od działania opieki zdrowotnej. Zakłócenia w jej działaniu rodziłyby zagrożenie nie tylko dla zarażonych koronawirusem, ale i pozostałych chorych. Tymczasem, takie zakłócenia będą się nasilać, jeśli nie zacznie działać gospodarka. Żeby koszty gospodarcze i – w efekcie – zdrowotne były jak najmniejsze, muszą być spełnione, co najmniej, cztery warunki.

Po pierwsze, okres zamrożenia dużej części gospodarki musi być możliwie krótki i w możliwie małym stopniu obejmować sektor eksportowy, który jest siłą napędową polskiej gospodarki (w ostatniej dekadzie odpowiadał on za dwie trzecie jej wzrostu). Doświadczenia innych krajów (zarówno negatywne – Włochy, jak i pozytywne – Korea, Singapur) wskazują, że do skrócenia okresu zamrożenia konieczne jest przeprowadzanie na masową skalę testów i skuteczne izolowanie zarażonych. Trzeba zachować drożność granic dla międzynarodowej wymiany handlowej. Ewentualne powtarzanie się na nich dantejskich scen (których ustrzegła się większość innych krajów niż Polska) groziłoby znalezieniem się naszego kraju wśród ofiar przebudowy globalnych łańcuchów wartości po zakończeniu pandemii.

Po drugie, koszty dostosowań muszą być możliwie niskie. To z kolei wymaga, żeby rząd przedstawiał ludziom uczciwie, jakie są możliwe scenariusze i jakie będzie podejmował decyzje w zależności od rozwoju wypadków. Taka otwartość ułatwiłaby ludziom planowanie i pozwoliłaby lepiej przygotować się na te decyzje. Ponadto, konieczne jest ograniczenie biurokratycznych obciążeń nakładanych na firmy. Wszelkie nowe obciążenia powinny zostać wstrzymane. Pomoc firmom, które ucierpiały na epidemii, powinna odbywać się na podstawie oświadczeń rewidowanych ex post (zarazem jej ostateczny wymiar nie może zależeć od przyszłych zdarzeń, np. przyszłych zwolnień pracowników, gdyż takie uzależnienie może albo przyspieszyć zwolnienia, albo odstraszać przed skorzystaniem z pomocy). Bieg terminów wszystkich obowiązków (np. ważności badań okresowych), których niewypełnienie nie ma istotnego znaczenia dla bieżącego funkcjonowania państwa, powinien zostać zawieszony na czas epidemii. Dotyczy to także wygasania ważności zezwoleń na pracę imigrantów.

Po trzecie, koszty zamrożenia dużej części gospodarki muszą być możliwie rozproszone – między ogół podatników, beneficjentów wydatków publicznych, firmy, które ucierpiały na epidemii, jak również ich pracowników (i to bez względu na formę prawną świadczenia przez nich pracy). Im bardziej równomiernie zostaną one rozłożone, tym mniejsze jest ryzyko, że wiele podmiotów ich nie uniesie, a upadając, pociągnie za sobą kolejne. Warunek ten implikuje, że pomoc z budżetu dla poszczególnych firm powinna być proporcjonalna do skali poniesionych przez nie strat w wyniku epidemii (a nie taka sama dla wszystkich, których straty przekroczyły sztywno określony próg), zaś firmy powinny mieć możliwość bardziej elastycznego niż w normalnych czasach rozliczania czasu pracy oraz zarządzania urlopami, jak również zmian wynagrodzeń (bez której ciężar dostosowań spadnie przede wszystkim na osoby na nietypowych formach zatrudnienia).

Po czwarte, polityka rządu nie może powodować dodatkowych wstrząsów. Z jednej strony, musi brać pod uwagę, że przestrzeń fiskalna została mocno zawężona przez beztroską konsumpcję w tłustych czasach. Z drugiej strony, rząd nie może pozbawić się pola manewru na wypadek kolejnych wstrząsów lub wydłużenia się dekoniunktury w gospodarce światowej. Pole to jest uzależnione od poziomu zaufania inwestorów do naszego kraju. Rząd i – szerzej – władze publiczne muszą trzymać się ram prowadzenia polityki makroekonomicznej, które zapewniły polskiej gospodarce nieprzerwany wzrost przez niemal 30 lat, w tym w trakcie globalnego kryzysu finansowego i kryzysu zadłużeniowego w strefie euro. Ramy te obejmują reguły fiskalne, płynny kurs walutowy i konwencjonalne podejście do polityki pieniężnej. Konieczny jest też powrót do poszerzania zakresu wolności gospodarczej, która w poprzednich latach zapewniała polskiej gospodarce nie tylko wigor, ale i elastyczność, oraz zaplanowanie szybkiego wycofania wszelkich interwencji zniekształcających działanie mechanizmów rynkowych w czasie epidemii.

Beztroska konsumpcja w tłustych latach i odsuwanie rozwiązywania problemów sprowadziły na Polskę poważne niebezpieczeństwo. Udawanie, że go nie ma, nie sprawi, że ono zniknie. Rząd może dalej kłamać, że wszystko jest w porządku, ale zafundował nam „krew, znój, pot i łzy”. Jedyną niewiadomą jest to, czy będziemy je wylewać dla lepszego jutra, czy dlatego, że rząd do końca będzie udawać, że ono tego nie wymaga.


ANDRZEJ RZOŃCA

© ANDRZEJ RZOŃCA 2020