• @andrzej_rzonca

Nie przeszkodzić odbiciu


Ekonomiści i – w jeszcze większym stopniu – publicyści prześcigają się w alarmistycznych prognozach skutków gospodarczych epidemii koronawirusa dla Polski. Wieszczą, że polska gospodarka skurczy się w br. o 6, 10, a nawet 20 proc. Te ponure przewidywania stają się z kolei pożywką dla tyleż radykalnych, co niemogących zadziałać i zupełnie odrealnionych recept zasypania tej dziury przez budżet i bank centralny. Wszystko w tym obrazie rysowanym przez rozpalone głowy jest postawione, nomen omen, na głowie.

Skala osłabienia wzrostu jest niewiadoma, bo wciąż nie wiemy, ani jak poradzi sobie z epidemią świat i – w efekcie – polski sektor eksportowy, który w ostatnim dziesięcioleciu odpowiadał za dwie trzecie wzrostu naszej gospodarki, ani jak długo rząd będzie ją mrozić. Wciąż nie potrafi on określić terminu jej odblokowania. Na razie zniósł … skądinąd absurdalny zakaz wejścia do lasów i złagodził ograniczenia dotyczące kościołów. Poszerzył przedsiębiorcom możliwości kontemplacji i nic poza tym. Jakkolwiek poza Polską coraz więcej rządów przedstawia coraz bardziej szczegółowe plany odmrożenia gospodarki i rozluźnia wiele ograniczeń, to dotychczas jej blokada skończyła się tylko w Chinach – po 8 tygodniach od szczytu zachorowań i 10 tygodniach od jej wprowadzenia. Poza tym, można jeszcze odwołać się do doświadczeń z przeszłych pandemii. Te z lat 1918-1919, 1957, 1968 i 2003 trwały wszystkie po około 15 tygodni. Najłagodniejsze z nich osłabiały wzrost o mniej niż 1 pkt proc., a najostrzejsza, Hiszpanka, o 6 pkt proc. Miała ona jednak trzy fale zachorowań, które objęły 500 mln ludzi (spośród 1,8 mld wówczas żyjących), i zabiła od 20 do 50 mln osób. Nawet ona jednak nigdzie nie wywołała strat rzędu 20% PKB – nawet tam, gdzie okazała się humanitarną katastrofą, kosztującą życie 3-5 proc. populacji. Historia sugeruje, że jeśli pandemie w ogóle mogą doprowadzić do tak głębokich spadków, to co najwyżej w pojedynczych kwartałach, a nie w całym roku, gdyż w następnych kwartałach następuje odbicie aktywności gospodarczej.

Jednocześnie wskazuje ona, że gospodarcze koszty w niewielkim stopniu wynikają ze skutków zdrowotnych pandemii, a są przede wszystkim efektem ubocznym przeciwdziałania im przez państwo, które uniemożliwia prowadzenie części działalności gospodarczej, podwyższa jej koszty oraz zwiększa absencje w pracy. Innym istotnym, ale kilkukrotnie słabszym czynnikiem są zmiany w zachowaniach konsumpcyjnych ludzi usiłujących ograniczyć ryzyko zarażenia. Ani wydatki z budżetu, ani bank centralny nie są w stanie przywrócić aktywności gospodarczej zatrzymanej lub ograniczonej przez zakazy i nakazy państwa. Nie są też zdolne wyciągnąć ludzi z domu na zakupy, do restauracji, kin czy teatrów, jeśli powstrzymują ich przed tym obawy o zdrowie (własne lub rodziny) lub regulacje. Jeśli koszty gospodarcze pandemii mają być ograniczone, to możliwie krótko musi trwać mrożenie gospodarki przy jednoczesnym zadbaniu o zdrowie społeczeństwa. Lepszego sposobu na ich zmniejszenie nie ma. Skrócenie okresu blokady bez zwiększenia ryzyka wzrostu zachorowań wymaga zabezpieczenia przed zarażeniem pracowników ochrony zdrowia, bez którego stanie się ona niewydolna przy niskiej liczbie chorych, oraz masowego testowania i skutecznego izolowania zarażonych oraz osób, dla których choroba stanowi największe zagrożenie. Efektem generalnego pobudzania popytu, kiedy mnóstwo firm nie jest w stanie wytworzyć, skompletować lub dostarczyć dóbr, które oferowało w normalnych czasach, a konsumenci nie mogą lub boją się korzystać z wielu usług, musiałoby być podbicie poziomu cen, co dodatkowo zmniejszyłoby realne dochody ludzi, a zarazem zawęziło krąg chętnych na pożyczanie rządowi na niski procent.

Tak docieramy do (nie)realności postulatów zasypania strat gospodarczych przez budżet i NBP. Rząd nie wyda tego, co już beztrosko roztrwonił w tłustych latach. Gdyby nie zmienił w 2016 roku stabilizującej reguły wydatkowej, a potem jej nie obchodził, to od 2017 roku miałby nadwyżkę w finansach publicznych rzędu prawie 1 proc. PKB, zamiast deficytu, który na br. zaplanował na poziomie 2,2 proc. PKB (jeśli wyłączyć dochody jednorazowe). Poduszka, której się pozbył, to około 70 mld zł. Nie może też masowo pożyczać ani w bankach, które zapchał swoimi obligacjami, ani od zagranicy, o której zaufanie nie zadbał. Gdyby prowadził politykę fiskalną zgodnie z regułą wydatkową odziedziczoną po poprzednikach, to dług publiczny dzieliłoby od progu 55 proc. PKB uruchamiającego procedury sanacyjne nie 11 proc. PKB, a 17 proc. PKB. Banki nie byłyby zapchane obligacjami, a zagranica nie miałaby powodu do obaw. Z kolei bank centralny nie ma przestrzeni do odpowiedzialnego obniżenia stóp procentowych, których nie podniósł z historycznego minimum w okresie dobrej koniunktury. Musi za to uważać, żeby nie zdestabilizować banków osłabionych przez zrzutkę na SKOK-i, najwyższe w Europie ciężary podatkowe, niskie stopy procentowe i słaby kurs złotego. To, co uchodzi głównym bankom centralnym, w rękach NBP może okazać się zabójcze dla gospodarki. Nawet gdyby to nie skrócenie okresu mrożenia gospodarki, a generalna stymulacja popytu przez budżet i NBP były najlepszą receptą na ograniczenie gospodarczych kosztów pandemii, to nasz kraj nie mógłby z niej skorzystać, bo w tłustych latach nie zadbał o rezerwy, tylko je przehulał.

Nie mając rezerw, państwo musi ściśle adresować swoją pomoc, a jej koszty rozproszyć między wszystkich obywateli – również beneficjentów wydatków publicznych. Musi ona zapewnić wydolność ochrony zdrowia oraz zapobiec upadłościom i masowym zwolnieniom w tych firmach, które dobrze radziły sobie przed pandemią. Na więcej nas nie stać. Dostępną alternatywą jest to, co robi rząd: finansowanie prezentów socjalnych z pieniędzy drukowanych przez NBP i głupie oszczędzanie na ochronie zdrowia i pomocy tym, bez których pracy po pandemii budżet czekają ostre cięcia wydatków – także socjalnych, a obywateli – drastyczne podwyżki podatków.

Epidemia w końcu ustąpi. Gospodarka powinna wtedy odbić. Prognozy wzrostu PKB dla Polski na przyszły rok zawierają się w przedziale od 0,5 do 7 proc. Żeby jednak nastąpiło odbicie i było możliwie silne, nie można mu przeszkodzić.

Firmy, które dobrze radziły sobie przed pandemią, muszą przetrwać. Pandemia nie może być natomiast pretekstem do pomocy przedsiębiorstwom „zaprzyjaźnionym” z władzą. Im więcej wsparcia trafi do nich, tym mniej będzie go dla zdrowych firm, które swój sukces budują ciężką pracą i przedsiębiorczością, a nie dojściami do władzy. Banki, a w konsekwencji bezpieczeństwo ulokowanych w nich oszczędności, zostałyby dodatkowo osłabione. Zmniejszyłaby się ich zdolność do kredytowania zyskownych projektów po pandemii.

Ale uchronienie zdrowych firm przed upadkiem oraz niemarnowanie szczupłych zasobów państwa i oszczędności w bankach na przedsiębiorstwa uzależnione od przychylności władzy nie wystarczy. Firmy, które przetrwają, ich pracownicy oraz klienci nie mogą obawiać się przygniecenia kolejnymi ciężarami fiskalnymi, ani tym bardziej załamania finansów publicznych, banków i pieniądza. Państwo nie może dopuścić, żeby olbrzymia niepewność wywołana przez pandemię, pod wpływem jego działań lub zaniechań stała się uporczywa.

Musi brać pod uwagę możliwe kolejne wstrząsy, wobec których nie może okazać się bezsilne. Po pierwszej fali zachorowań może przyjść kolejna. Pandemia może u części partnerów handlowych Polski skończyć się stagnacją, a niektórych – doprowadzić do kryzysu Na ryzyko kryzysu są narażone w szczególności gospodarki wschodzące, zwłaszcza te, w których duże znaczenie ma eksport surowców energetycznych lub sektor turystyczny, a przedsiębiorstwa, banki lub rządy zadłużyły się w walutach obcych. Nie da się również wykluczyć dalszych napięć w strefie euro. We Włoszech, które problemy ze wzrostem mają od 20 lat, a są trzecią największą gospodarką w Unii Europejskiej, dług publiczny może przekroczyć w br. 150 proc. PKB. Tymczasem, ponad dwie trzecie Włochów deklaruje, że członkostwo w Unii jest barierą w przeciwdziałaniu skutkom pandemii.

Przestrogą dla rządu powinny być doświadczenia takich krajów jak Hiszpania. Zareagowała ona na globalny kryzysy finansowy najsilniejszą ekspansją fiskalną w całej Unii Europejskiej w latach 2008-2009. W efekcie w następnych latach stała się bezbronna wobec skutków obaw przed niewypłacalnością Grecji, która również usiłowała podtrzymać aktywność gospodarczą po kryzysie z lat 2007-2008 dużymi dodatkowymi wydatkami z budżetu, mimo że po beztroskiej konsumpcji w tłustych latach nie było jej na to stać. Na przeciwległym krańcu „starej” Unii były Luksemburg, Niemcy i Szwecja, które po kryzysie zachowały lub poprawiły stan finansów publicznych, jeśli oczyścić go ze skutków zmian koniunktury.

Nawet jednak bez kolejnych wstrząsów, finanse publiczne będą bardzo napięte. Od siły odbicia będzie zależeć ostateczna skala ubytku w dochodach budżetu, a w efekcie jego zdolność do pokrycia dotychczasowych wydatków bez podwyżki podatków. Tymczasem pojawią się dodatkowe wydatki publiczne i wcale nie chodzi o te, które rząd zaplanował w tłustych latach (jak 14. emerytura, czy wydatki na obronę narodową rosnące szybciej niż gospodarka). Firmy wypchną wiele starszych ludzi na emerytury, z których po pandemii mało kto zrezygnuje. Więcej osób będzie pobierać zasiłki dla bezrobotnych lub korzystać z pomocy socjalnej. Trzeba będzie zbudować i utrzymywać zdolność do przeciwdziałania epidemiom (zwłaszcza do masowego testowania), której teraz zabrakło. Jeżeli rząd wystraszy ludzi nowymi podatkami lub zbyt dużą dziurą w budżecie, to zmniejszy szanse na silne odbicie gospodarki i zawęzi sobie pole manewru.

Nie poszerzy go w sposób trwały pokrywanie deficytu przez bank centralny. Upadek PRL pokazuje, że rachunku za beztroską konsumpcję w tłustych latach nie da się uregulować drukiem pustego pieniądza.


ANDRZEJ RZOŃCA

© ANDRZEJ RZOŃCA 2020